Świadectwa

 

 

 

 

Świadectwo uzdrowienia Antoniny
Jesteśmy małżeństwem od 2004 r i rodzicami pięciorga dzieci. Nasza najmłodsza córka Antonina ur. 15.09.2014 r., w wieku 4 miesięcy – w dniu 19.01.2015 r., - została przez nas zawieziona do Centrum Zdrowia Dziecka (CZD), w związku ze zdiagnozowanym przez nas w domu częstoskurczem serca (akcja serca ok. dwukrotnie szybsza niż normalnie). Od trzeciego tygodnia życia nasza córka miała kolkę i nietolerancje pokarmowe, którym to przypisywano słaby apetyt oraz stosunkowo mały przyrost masy ciała. Pomimo wizyt u różnych lekarzy nikt nie zdiagnozował problemów kariologicznych, które jak się później okazało stopniowo się rozwijały.
W CZD nie udało się przerwać częstoskurczu farmakologicznie, dlatego zostało zlecone przeprowadzenie kardiowersji w bloku operacyjnym. Kardiowersja nie została jednak przeprowadzona, gdyż wcześniej doszło do samoistnego zatrzymania akcji serca. Po bardzo ciężkiej reanimacji akcja serca został wznowiona, jednak była ona bardzo zaburzona z ciągłym częstoskurczem. W efekcie przeprowadzonych badań okazało się że Antoninka ma bardzo poważną niewydolność serca (kardiomiopatię rozstrzeniową poczęstoskurczową) – wydolność serca została określona na poziomie 18% (do „normalnego" funkcjonowania potrzebna jest minimalna wydolność na poziomie 35%).
Lekarze poinformowali nas, że córka jest w stanie skrajnie krytycznym i niestabilnym w związku z czym w każdej chwili należy się liczyć z jej zgonem. Z powodu bardzo słabej wydolności serca oraz zatrzymaniem krążenia jej organy wewnętrzne przestawiły się na funkcjonowanie beztlenowe w związku z czym nastąpiło zatrucie całego organizmu (tzw. kwasica), a następnie zatrzymanie pracy organów wewnętrznych: wątroby, nerek, tarczycy. Lekarze stwierdzili, że stan taki prowadzi z reguły do tzw. spirali zstępującej, gdyż funkcjonowanie organów wewnętrznych zależy od funkcjonowania serca i na odwrót.
Bezskutecznie próbowano farmakologicznie uregulować akcję serca, włączono dializy otrzewnowe – nasze dziecko było schładzane do temperatury 33 oC oraz utrzymywane w stanie śpiączki farmakologicznej (pełne znieczulenie oraz zwiotczenie).
Córka przez cały czas przebywała na oddziale intensywnej terapii CZD – lekarze z oddziału stwierdzili, że jest ona przede wszystkim w rękach Pana Boga.
Jako rodzice mogliśmy jedynie modlić się za naszą córkę, co też czyniliśmy od samego początku - modliliśmy się za wstawiennictwem świętych (błogosławionego ks. Jana Balickiego, św. Jana Pawła II, św. Rity oraz św. O. Charbela).
Zwróciliśmy się też z prośbą do członków naszej rodziny oraz licznych znajomych o modlitwę w intencji naszej córki.
Nasza wiara została wystawiona na próbę – na tyle na ile to było możliwe byliśmy pogodzeni z faktem, że nasza córka nie przeżyje – czekaliśmy na telefon w tej sprawie ze szpitala. Córka była już ochrzczona więc byliśmy spokojni co do jej spotkania z Panem Bogiem po tamtej stronie życia. Jako rodzice bardzo przeżywaliśmy tę sytuację – rozmyślając nawet mimo woli nad tym jak mogliśmy przeoczyć kłopoty kardiologiczne Antoninki.
Wbrew opiniom lekarzy nasza córka nadal żyła a zamiast telefonu z CZD dotarły do nas relikwie św. Jana Pawła II, a następnie za pośrednictwem naszych znajomych relikwie św. O. Charbela. Relikwie świętych dotarły do nas bez naszego zabiegania, czy inicjatywy – nie mieliśmy świadomości o istnieniu św. O. Charbela – fakty ten zostały przez nas ostatecznie odczytane jako wezwanie do większego zaufania Panu Bogu i do modlitwy o cud uzdrowienia.
Stan córki - skrajnie krytyczny i niestabilny - utrzymywał się bez istotnych zmian przez długi czas (dwa tygodnie), w tym czasie codziennie modliliśmy się tak w domu jak i podczas bardzo krótkich odwiedzin przy łóżeczku córki w szpitalu. Odkąd otrzymaliśmy relikwie św. O. Charbela jeździliśmy z nimi do córki i modląc się namaszczaliśmy jej czoło błogosławionym olejem św. Charbela. Poprosiliśmy również członków wspólnoty Przyjaciele Oblubieńca o modlitwę wstawienniczą – z członkiem tej wspólnoty modliliśmy się przy łóżku Tosi. W efekcie modlitw nasze serca zaczął ogarniać pokój – po rozmowach z innymi oraz lekturze książki „Moc uwielbienia", zaczęliśmy modlić się dziękując Panu Bogu za chorobę naszej córki – przez jej chorobę zbliżyliśmy się do Pana Boga, zaczęliśmy się dużo więcej modlić, stopniowo weryfikować nasze postępowanie, zasady i priorytety w naszym życiu – zaczęliśmy się nawracać.
Przed całym zdarzeniem byliśmy „przeciętnymi katolikami" – uczęszczaliśmy co niedziela do Kościoła, korzystaliśmy z sakramentów świętych. W efekcie choroby naszej córki zrozumieliśmy, że brakuje nam wiary i zaufania Panu Bogu, że nie odpowiadamy miłością na jego miłość – jesteśmy po prostu letni.
Teraz czuliśmy się umocnieni modlitwami innych ludzi i wstawiennictwem świętych, czuliśmy się prowadzeni przez Ducha Św., Który pokazywał nam z jednej strony nasze grzechy i słabości a z drugiej miłość i troskę Pana Boga o nas. Postanowiliśmy zmienić nasze życie – zaczęliśmy się razem modlić, rozpoczęliśmy seminarium odnowy wiary we wspólnocie Przyjaciele Oblubieńca.
Pan Bóg zatroszczył się o naszą córkę, wbrew opinii lekarzy powróciła ona do życia i do zdrowia – została wypisana do domu 20 marca 2015 r., organy wewnętrzne - wątroba, nerki, tarczyca - po kolei podjęły pracę, serce odzyskało swoją wydolność. Lekarze stwierdzili, że nie ma żadnych skutków neurologicznych (zmian w mózgu). Córka pozostaje na lekach antyarytmicznych – regulujących akcję serca.
Dziękujemy Panu, bo jest Dobry a Jego miłosierdzie nad wszystkim co stworzył.
Dziękujemy Świętym za ich wstawiennictwo u Boga – a w szczególności św. O. Charbelowi
Dziękujemy również wszystkim ludziom – nieznajomym, znajomym i rodzinie, którzy modlili się za naszą rodzinę. Wiara i gorliwość modlących się – bardzo często całkowicie obcych osób – oraz ich liczba i rozpiętość terytorialna z jednej strony głęboko nas zawstydziły a z drugiej były źródłem pokoju wewnętrznego i inspiracją do zaufania Panu Bogu.
Chwała Panu

 


KUBUŚ - nasz mały wojownik.
Jakub przyszedł na świat 21.08.2014, wydawało sie ze zdrowy chłopak z niego. Nasze szczęścia jednak trwało krótko. Wizyta szczepienna - to był początek drogi do piekła. Usłyszelismy ze pani doktor nie zaszczepi Kubusia ze wzglądu na dużą wiotkość i mamy szybko udac sie do neurologa. Już następnego dnia wylądowalismy w klinice, gdzie na kartkach papieru przeczytałam : " RDZENIOWY ZANIK MIĘŚNI (SMA1)". Jeszcze wtedy łudziłam się, że to pewnie nic poważego, wyjdzie z tego, że to nie może być prawda! Jednak prawdy nie dało się uniknąć, po miesiącu przyszły badania genetyczne potwierdzające podejrzenia lekarzy. Świat runął! Wszystko straciło sens, nic nie było tak ważne jak ZDROWIE!
Trzeba było zyć dalej, choć zupełnie się nie chciało. Pierwsza mysl która przyszła nam do głowy po usłyszeniu diagnozy to taka, że nie będzie chodził, ale ta choroba jest znacznie trudniejsza! Potwór odbiera naszemu synowi KAZDY mięsień co uniemożliwia poruszanie się, jedzenie, a nawet oddychanie! Z modlitwą nie rozstawaliśmy się ani na krok. Póki co nie ma leku na rdzeniowy zanik mięśni, jedyną pomoca jest INTENSYWNA rehabilitacja( choć według najnowszych doniesień, jest już za rogiem!. )
Zaczeliśmy się godzić z chorobą, na całe szczęście potwór(SMA) nie odbiera inteligencji, uśmiechu i radości bijącej prosto z jego maleńkich oczu..
Zdawać by się mogło, że nie może być już gorzej, trudniej.. A jednak.
Przyszła INFEKCJA. Kubuś tracił oddech, został zaintubowany, było ciężko. Dzieci z SMA nie potrafią kaszleć, każda infekcja to ryzyko ŚMIERCI. Na szczęście infekcja się leczyła, było lepiej wiec lekarze postanowili extubowac Jakuba i założyć nieinwazyjną wentylacje(maseczkę).. To był błąd. Kubuś okropnie się męczył, ale walczył, potem jego serduszko staneło. Doszło do USZKODZENIA MÓZGU. Od tego momentu radosnego, śmiejącego się i bystrego Kubusia NIE MA. Odebrano nam WSZYSTKO, ostatnie nadzieje..
Mimo fatalnej sytuacji, wierzymy i walczymy! Wierzymy w miłosierdzie Boga.. Jesteśmy winni Kubusiowi naszą opiekę i walkę ponieważ to dzięki naszemu synowi cała nasza rodzina się nawróciła i zmieniła. To Bóg zesłał nam go aby dać szanse na zmianę naszego pustego życia. Chwała Panu!

 


 

 Szczęść Boże!
Jakiś czas temu wysłałam smsa zgłoszeniowego do Szturmujemy Niebo i tak znalazłam się w gronie Aniołów
Sama kiedyś byłam ciężko chorującym dzieckiem i pamiętam ból moich rodziców, więc tym bardziej cieszę się, że taka inicjatywa powstała i chcę ją wspierać całym sercem i modlitwą


 

Chciałabym się podzielić swoim świadectwem, które wskazuje na to, że Nowenna Pompejańska działa. Jestem mamą niespełna 10 letniej dziewczynki, która urodziła się z wadą genetyczną. Jest to choroba przewlekła, nieuleczalna, która ma wiele powikłań utrudniających codzienne funkcjonowanie.

   Córka od urodzenia jest rehabilitowana i pod opieką wielu poradni. Od urodzenia zmagaliśmy się z problemem moczenia nocnego. Z racji tego, że córka jest coraz starsza problem zaczął być coraz bardziej uciążliwy. Próbowaliśmy wielu różnych rzeczy, które mogły nam pomóc w rozwiązaniu tego problemu.

 

    Nic nie skutkowało. Byłam załamana bo oprócz codziennych obowiązków związanych z opieką nad córką dochodziło jeszcze codzienne pranie pościeli. Próbowałam chyba wszystkiego co można robić w takich sytuacjach aby pozbyć się problemu. Córka była również badana pod kątem wad związanych konkretnie z układem moczowym, ale wyniki nie wykazały żadnych nieprawidłowości.

Od około roku zaczęło się moje nawrócenie … w Bogu i modlitwie zaczęłam odnajdować sens i pocieszenie. Nieuleczalna choroba dziecka jest najgorszym, co może spotkać rodzica. Przechodziłam już przez wszystkie etapy… buntu, żalu, złości, szukałam również pocieszenia i wyleczenia u bioenergoterapeutów oraz innych oszustów, aż w końcu zrozumiałam, że tylko Pan może mnie uratować i wyciągnąć z kiepskiego stanu psychicznego w jakim się znajdowałam. Oglądając filmy w Internecie dotyczące zagrożeń duchowych trafiłam na informację dotyczącą Nowenny  Pompejańskiej. Pomyślałam … czemu nie? Nie mam nic do stracenia.

I tak 17.11.2014 zaczęłam odmawiać NP. Miałam pewne wątpliwości czy wytrzymam, czy znajdę czas, czy dam radę … czy nie będę tego robić na siłę i z przymusu. Już po około tygodniu przyzwyczaiłam się i od rana zaczynało mi czegoś brakować. Po odmówieniu NP odczuwałam spokój i komfort poczucia wypełnienia dnia.

Ale do sedna … już od pierwszych dni odmawiania NP problem moczenia nocnego mojej córki zaczął ustawać. Teraz po odmówieniu prawie całej widzę ogromną różnicę i poprawę w tej kwestii. Była to tak spektakularna i nagła zmiana, że nie ma innego wytłumaczenia. To dzięki modlitwie do Miłosiernej Panny Różańcowej z Pompejów.

Kochani to działa! Módlcie się i proście o pomoc w rozwiązaniu problemów …

Ja już planuje rozpoczęcie następnej … zastanawiam się tylko która z intencji jest najpilniejsza!

Szczęść Boże!


 

Wiadomosc dotycząca chorej Emilki, za ktora modlą się także nasi Aniolowie:
"Ta modlitwa dziala. Lekarze mowia,ze Emilka ma generalnie zle wyniki i wedlug papierow jest bardzo chora. Ale ona sama wyglada swietnie. Jakby nic jej nie bylo. Jest aktywna,duzo sie smieje. Modlcie sie dalej prosze."

 

 zdj. Archiwum rodzinne

   Dokładnie 6 miesięcy po naszym ślubie dowiedzieliśmy się, że Pan Bóg obdarzył nas najpiękniejszym prezentem i będziemy mieli dziecko – opowiadają Marta i Krystian Kamińscy. – Nasza radość była ogromna, zaczęliśmy kompletować wyprawkę, snuliśmy wiele planów na przyszłość i wydawało nam się, że właśnie osiągnęliśmy pełnię szczęścia
 
   Szybko jednak okazało się, że Pan Bóg miał dla tych młodych zupełnie inny plan. Dokładnie pamiętają grudniowe popołudnie, gdy podekscytowani szli na kolejną wizytę u ginekologa, aby znów posłuchać bicia serduszka ich 11-tygodniowego maluszka. Badanie w gabinecie lekarskim wyglądało dokładnie tak, jak dotychczas, a jednak słowa, które po nim padły, zniweczyły wszystkie marzenia: czaszka nieprawidłowo wykształcona. Lekarz wyjaśnił, że podejrzewa poważną wadę wrodzoną, uniemożliwiającą maleństwu życie po porodzie – dziecko może odejść przed urodzeniem, umrzeć w trakcie porodu lub chwilę po nim.
 
Dopóki jest nadzieja
    Trudno opisać, co czuje matka w takiej chwili. Świadomość, że nie można nic zrobić dla swojego nienarodzonego dziecka, aby je uratować, jest przeraźliwie bolesna. Lekarz poinformował, że są dwie możliwości wyboru, i jednocześnie zaznaczył, że decyzja należy tylko do rodziców.
   Możliwe było zgodne z prawem dokonanie aborcji albo dalsze prowadzenie ciąży i czekanie na rozwój wydarzeń. Małżonkowie w tej samej chwili wspólnie postanowili, że aborcja nie wchodzi w grę. Oboje wierzyli, że nie mają prawa decydować o życiu i śmierci drugiego człowieka i skoro Bóg dał im takie wyjątkowe dziecko, to On sam zdecyduje, kiedy je zabierze. Kilka kolejnych dni było dla nich ciężkie, ale mąż nie pozwolił żonie zatracić się w smutku.
   
   Jak na prawdziwego tatę przystało, postanowił, że będą walczyć o każdy wspólny dzień z ich maleństwem. – Z dnia na dzień dochodziliśmy do wniosku, że Pan Bóg ma dla naszej rodziny plan i choć nie rozumieliśmy, czemu to wszystko ma służyć, wiedzieliśmy, że przyjmiemy to, co nam ofiaruje – wspominają. – Nadeszły święta Bożego Narodzenia, a ja nie mogłam przestać wpatrywać się w Maryję, Matkę Najwyższego, która doświadczała tego, co także mnie, zwykłą matkę nienarodzonego dziecka, dotykało bezpośrednio: radość poczęcia, umiłowanie swojego dziecka i świadomość nieuchronnej straty. Jakże bliska mi była w tych dniach Maryja, jakże gorąco modliłam się o przyjęcie woli Bożej, której matczyny rozum pojąć nie potrafi – opowiada Marta.
 
   Kolejna wizyta u innego lekarza w celu zrobienia szczegółowych badań była dla nich trudnym doświadczeniem. Lekarz ginekolog – kobieta, która powinna zrozumieć i zaakceptować ich wybór, nie przebierała w słowach, mówiąc, że decyzja o prowadzeniu tej ciąży może skazać na późniejsze kłopoty z zajściem w kolejną, niemożność posiadania więcej dzieci, wiele chorób towarzyszących ciąży, a nawet śmierć na stole operacyjnym w trakcie porodu. Co ciekawe – wszystko to może zdarzyć się także podczas ciąży i porodu zdrowego dziecka, a jednak matkom nie proponuje się aborcji „na wszelki wypadek”.
 
Cuda mają różne oblicza
   To spotkanie nie zniechęciło rodziców. Nauczyli się cieszyć każdą wspólną chwilą i nie myśleli zbytnio, co będzie potem. Kiedy dowiedzieli się, że poczęli dziewczynkę, dali jej na imię Rita – aby była imienniczką tej, która jest patronką od spraw trudnych i beznadziejnych, świętej, która całe swoje życie ofiarowała Jezusowi.
 
  Codziennie rozmawiali z córeczką, czytali jej książeczki i śpiewali piosenki na dobranoc. Starali się całym sercem pokazać jej, że świat jest piękny i ona jest jego częścią. Zawsze otwarcie i chętnie o niej rozmawiali i nigdy nie ukrywali tego, że jest chora, oraz tego, że są z niej dumni. – Bo każdy dzień życia naszej małej wojowniczki był dla nas prawdziwym cudem – opowiadają. – Zabraliśmy ją w tyle ciekawych miejsc. Szczególnie warta wspomnienia jest nasza pielgrzymka do Włoch na kanonizację Jana Pawła II. Ten dzień był dla nas szczególnym świętem – właśnie wtedy obchodziliśmy naszą pierwszą rocznicę ślubu. W chwili, gdy modliłam się do świętego już Jana Pawła II, dziękując za przepiękny rok małżeństwa i ofiarowując mu naszą córeczkę, zdałam sobie sprawę, że po prostu jestem szczęśliwa, a kiedy odwiedziliśmy klasztor z relikwiami św. Rity, dotarło do nas, że modlitwa o cud wcale nie musi oznaczać tego, że Pan uzdrowi Ritusię. Cudem jest również to, że jesteśmy w stanie oddać się całkowicie Jezusowi. On nas poprowadzi najlepszą z możliwych dróg. Pan postawił na naszej drodze ludzi, którzy wspierali nasz wybór, pokochali Ritusię i objęli ją swoją modlitwą. Słowa wsparcia i pamięci w modlitwie zaczęły do nas docierać z różnych stron. Wreszcie trafiliśmy do wrocławskiego Hospicjum Perinatalnego, gdzie otoczono nas prawdziwą opieką.
 
Uczyniła ich rodzicami
I wreszcie nadszedł ten dzień – 28 maja 2014 r., po najcudowniejszych 8 miesiącach ciąży Ritusia przyszła na świat. Była i jest najpiękniejszą małą księżniczką, o jakiej mogliby marzyć jej tata i mama. Uczyniła Martę i Krystiana rodzicami i tego nikt im już nie zabierze.
 
– Ritusia całe swoje krótkie życie na ziemi spędziła z nami, przyjęliśmy ją z bezwarunkową miłością, o której sile nawet nie miałam pojęcia – mówi Marta. – Każdą cenną minutę jej życia poświęciliśmy na tulenie jej, całowanie, zapewnianie o ogromnej miłości. Tatuś nawet zdążył zaśpiewać jej piosenkę, którą każdego wieczora utulał ją do snu. A ja – wpatrując się w najpiękniejszą dziewczynkę świata, zdążyłam jej podziękować za to, że jest, powiedzieć, jak bardzo jestem szczęśliwa, że wreszcie mogę ją przytulić, i zapewnić ją, żeby się nie bała. W niebie przecież nie będzie sama, wszyscy przyjmą ją z radością. Po półtorej godziny spędzonej z nami Ritusia została wezwana przez Pana.
 
   Ritka nauczyła swych rodziców cieszyć się każdym dniem, który jest dany. – Jako małżeństwo z krótkim, bo ponadrocznym stażem mamy świadomość tego, że razem przetrwaliśmy naprawdę ciężkie chwile – wspomina matka. – Co do stanowiska lekarzy w sprawie naszej córki: z perspektywy czasu myślę, że byli podzieleni na dwa obozy. Poza wcześniej opisanymi spotkaliśmy na swojej drodze jeszcze takich, którzy w 8. miesiącu ciąży, patrząc na zdjęcia Ritki, potrafili spytać, dlaczego się jeszcze „tego” nie pozbyłam, i tacy, którzy gratulowali nam decyzji, którą była walka o córeczkę. Dla nas, rodziców, czas spędzony z Ritką to dar szczególnej łaski. Dzięki niej mogliśmy dać świadectwo, że każde życie ma ogromny sens. Teraz, po 7 tygodniach, od kiedy Ritusia narodziła się dla nieba, wiem, że nasze życie nigdy już nie będzie takie, jak kiedyś. Przede wszystkim jesteśmy rodzicami i choć nie wychowujemy swojego dziecka, nie chodzimy z nim na spacery i nie kupujemy nowych zabawek, świadomość tego, że mamy świętą córkę w niebie, napawa nas spokojem i nadzieją.

 


 

Informacje dotyczące  Krystianka za którego się modlimy, ktorego organizm zaatakowała sepsa i ktory był w stanie krytycznym, za ktorego modlimy sie: - Nasz rycerzyk nie chodzi ma zanik mięśni nóżek 
i prawdopodobnie silny przykurcz ścięgna Achillesa.
Ale widzi,słyszy a według pani neurolog powinien być
,,warzywkiem". Walczy !

Jestem wdzieczna za kazda modlitwe, wiem ze to dzieki niej Krystianek wraca do zdrowia, to małe kroki, ale jednocześnie wielkie cuda, ktore dzieją sie w jego zyciu. Ufam ze zupełnie wyzdrowieje, bardzo proszę aby dalej otaczać go modlitwa.

 


 

 

 

Po stracie dziecka
   Piętnasty dzień sierpnia - święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Pierwszy raz nasza córeczka Marysieńka ma imieniny i dlatego dziś ośmielam się podzielić swoim doświadczeniem, z którego czerpię siłę każdego dnia.Jestem mamą dwóch nastoletnich synów i córeczki, która urodziła się 10 miesięcy temu. Oczekiwanie na nasze kolejne dziecko, Marysieńkę, było szczególne. Wiedząc już, że jestem w błogosławionym stanie, w ubiegłym roku w Święto Miłosierdzia Bożego poczułam pierwszy raz jej ruchy pod sercem. W krótkim czasie po tym dniu nasza rodzinna radość oczekiwania na jej przyjście na świat przyćmiona została stwierdzoną przez lekarzy śmiertelną chorobą Marysi. Każdego dnia oddawaliśmy wszystko Panu Bogu. Modliliśmy się o siłę, nadzieję i wiarę.
   Nie zwątpiliśmy, pomimo, że po ludzku nie było nadziei... Czułam silną obecność Marysi każdego dnia. I choć przed jej narodzeniem byłam w szpitalu siedem razy i za każdym razem nie dawano nam nadziei, że będzie zdrowa i czy będzie żyć. Wiedzieliśmy, że jeśli przeżyje poród, nigdy nie będzie zdrowa, a jej życie na ziemi będzie cierpieniem i oczekiwaniem na śmierć, która przyjdzie może za dzień, miesiąc, rok...
   Pomimo tej najsmutniejszej rodzicielskiej świadomości byliśmy gotowi, bez względu na wszystko, przyjąć ją z miłością. Marysieńka przemknęła przez nasz świat w środę 9 października 2013 r. wcześnie rano... niestety zmarła podczas porodu. Tuliłam ją w swoich ramionach niespełna 3 godziny. Były to dla mnie i męża wyjątkowe chwile, wbrew wszystkiemu najspokojniejsze chwile, świat wokół się zatrzymał... Byliśmy tylko my i Ona. Śliczna, Maleńka, Bezbronna, Nasza Najukochańsza, jakby śpiąca. Będąc tych kilka chwil z nami na ziemi, nie cierpiała i tak naprawdę była już Aniołem w Niebie.
Tęsknię za Nią niezmierzalną matczyną tęsknotą, ale i wierzę, że Jej obecność pod moim sercem była cząstką Nieba daną całej naszej Rodzinie. W pełnym zaufaniu, każdego dnia czekając na Marysieńkę, powierzaliśmy ją w modlitwie Panu Bogu, modląc się Koronką do Miłosierdzia Bożego, modlitwą różańcową, za wstawiennictwem świętego Jana Pawła II. Marysia była razem z nami - ze swoimi braćmi, tatą i mamą przez całe dziewięć miesięcy.
 
   Z całego serca dziękujemy Panu Bogu za wyjątkowe doświadczenie oczekiwania na jej przyjście na świat - i za to, że dane nam było ją zobaczyć, przytulić i spokojnie pożegnać. Pan Bóg w czasie tych kilku miesięcy cały czas nas prowadził i postawił na naszej drodze wiele wyjątkowych osób. Dzięki ich modlitwie i wsparciu byliśmy każdego dnia silniejsi, nie bojąc się tego, co się wydarzy. Mogliśmy też godnie i spokojnie przeżyć w szpitalu te krótkie chwile z naszą córeczką, czując życzliwość i szacunek osób, które były przy nas w tym wyjątkowym czasie. Jej wspomnienie jest w nas bardzo silne, a czas dzięwięciu miesięcy, który był nam dany, był wyjątkowy, dobry wbrew wszystkiemu... Wierzymy, że teraz nasza Marysieńka, nasz Anioł, oręduje za nami wszystkimi w Niebie.
Mama, tata i bracia Marysieńki
 

 


 

„...za jego przyczyną dzieją się cuda"
Świętego ojca Charbela poznałam przez lekturę "Miłujcie się". Gdy przez pewien czas po zawarciu sakramentalnego związku małżeńskiego nie mogłam zajść w ciążę, postanowiłam prosić go o wstawiennictwo w tej intencji.
Moje prośby zostały wysłuchane! Całkiem nieświadomie zrobiłam test ciążowy w dniu jego święta - 15 lipca. Było to dla mnie potwierdzeniem jego wstawiennictwa. Jako wotum, obiecałam sfinansować obraz przedstawiający świętego z Libanu. Podczas ciąży modliłam się o zdrowie dla dziecka i szczęśliwe rozwiązanie, bardzo boję się bólu i jestem na niego nieodporna. Ciąża, pomimo mojego wieku. miałam 35 lat, przebiegła bez najmniejszych komplikacji. Dziecko urodziło się zdrowe, a sam poród trwał około 30 minut.
Napisałam list do Libanu ze świadectwem opisującym wstawiennictwo zakonnika i otrzymałam odpowiedź z podziękowaniem i jego relikwiami. Zaskoczyło mnie, jak list z Libanu do mnie dotarł - był źle zaadresowany, przekręcone było nazwisko, nazwa ulicy i nazwa miasta.
Ufundowałam obraz z wizerunkiem św. Charbela i znów otrzymałam  znak. Firma, która oprawiała obraz, na jego ramie umieściła naklejkę z datą oprawy. Był to dzień - wigilia urodzin mojego dziecka, dokładnie dzień przed narodzinami, przyjęto mnie do szpitala.
   To nie koniec moich doświadczeń ze św. Charbelem. Moja córeczka w wieku dwóch lat zachorowała na padaczkę. Zupełnie się załamałam, nie umiałam się nawet modlić. Moja mama nie ustawała jednak w błaganiach za przyczyną św. Ojca Charbela o jej uzdrowienie. Pewnego dnia odczytałam fragment Biblii, prosząc wcześniej Ducha Świętego, abym otworzyła Pismo Święte dokładnie na tym fragmencie, który w tym momencie ma być dla mnie. Po lekturze wiedziałam, ze moja córeczka zostanie uleczona. Pan Bóg skierował do mnie słowa z Ewangelii św. Łukasza - fragment: o uzdrowieniu epileptyka.
   Dzisiaj Marysia ma 5 lat i jest zupełnie zdrowa. Wiem, że modlitwy mojej mamy do św. Ojca Charbela zostały wysłuchane i jestem za to Bogu bardzo wdzięczna . W życiu nie ma przypadków, wszystko jest łaską i wolą Boga. Zachęcam każdego do modlitwy do św. Ojca Charbela. Uwierzcie mi za jego przyczyną dzieją się cuda. Wiem, że Pan miał wobec mnie jakiś plan. Chciał, abym się nawróciła. Teraz po latach jestem zupełnie innym człowiekiem.
Anna
 

Jo-Anne - Coffs Harbour, Australia
 
  Cześć, nazywam się Jo-Anne i pochodzę z Coffs Harbour w Australii.
Pragnę podzielić się z wami historią o tym, jak Pan uzdrowił mnie z pewnego problemu, którego doświadczyłam podczas mojej pierwszej ciąży. Około roku temu, mój mąż Michy i ja, przeprowadziliśmy się do Francji na okres ośmiu miesięcy.
  Jakieś dwa miesiące po przyjeździe do Paryża przepełniła mnie radość z odkrycia, że jestem w ciąży z naszym pierwszym dzieckiem. W dwunastym tygodniu udałam się do specjalisty na badania ultrasonograficzne, by sprawdzić czy ciąża prawidłowo się rozwija. Badanie wykazało, że spotkała mnie Placenta Praevia. W terminologii laików oznacza to, że zarodek umieścił się w złym miejscu, na dole macicy. We wczesnym etapie ciąży jest to stosunkowo nieszkodliwe, ale ponieważ dziecko przybiera na wadze, problem staje się poważniejszy i matka powinna wyłącznie wypoczywać, aby uniknąć krwotoku zagrażającego życiu. Dla obojga, zarówno dla matki, jak i dziecka może on być niebezpieczny.
  Taki stan zwykle oznacza, że dziecko nie może urodzić się w normalny sposób, ale że musiałabym mieć cesarskie cięcie. Istnieje kilka stopni tego stanu, ale przewidywano, że mój przypadek należy do najgorszego z nich.
Kiedy wróciłam do domu natychmiast opowiedziałam mężowi o tym, jak również, że nie będę mogła wrócić do Australii, aby urodzić dziecko. Byłam bardzo zmartwiona, rozmawialiśmy o tym i powtarzałam sobie pismo z HEBRAJCZYKÓW 11:6, które mówi, że ten kto przychodzi do Boga musi WIERZYĆ. Mój maż i ja położyliśmy ręce na moim brzuchu i modliliśmy się, aby wszystko w mojej macicy znalazło się na swoim miejscu. NATYCHMIAST poczułam poruszenie w brzuchu i wiedziałam, że Pan dokonał wielkiego cudu. Kiedy kilka tygodni później znów poszłam do lekarza wszystko było w zupełnym porządku, a lekarz nie mógł w to uwierzyć. BYŁAM KOMPLETNIE UZDROWIONA! Chwała Panu! Mamy teraz ślicznego małego synka o imieniu Jonathan, później urodziła nam się urocza mała dziewczynka. Codziennie dziękuję Panu za moją cudowną i zdrową rodzinę!
W miłości Chrystusa,
Jo
Źródło: www.cai.org.pl
 

Cześć, jesteśmy Christof i Monika z Perth i chcielibyśmy wam opowiedzieć o naszym synu Jonatanie i wszystkich rzeczach jakie doświadczyliśmy z nim poprzez Bożą łaskę.
  W czasie ciąży, po tym jak lekarze przeprowadzili jakieś specjalne badania, zostaliśmy poinformowani, że nasze dziecko urodzi się z zespołem hipoplazji lewej strony serca. Lekarz powiedział nam, że jest to jedna z najgorszych chorób serca jakie tylko istnieją. W przeszłości dzieci u których rozpoznano tą chorobę umierały zazwyczaj krótko po porodzie, w momencie jak tylko ustaje prawidłowa cyrkulacja krwi. Kiedy lekarze operowali w tym stanie, zawsze było to nieskuteczne – dziecko umierało.
    Operacja była podzielona na dwa oddzielne procesy, ale rezultaty były tylko odrobinę lepsze i w konsekwencji lekarze w ogóle zaniechali tych operacji. W tedy zaczęto dzielić zabieg na trzy oddzielne procesy, co zaczęło dawać lepsze rezultaty dla dziecka.
Mieliśmy trzy opcje: Przerwać ciążę; pozwolić dziecku umrzeć po urodzeniu; lub operować, co oznaczało dla dziecka trzy operacje w ciągu najbliższych lat. Wszystkie operacje, a w szczególności pierwsza są bardzo ryzykowne i rezultatem może być śmierć dziecka. Operacje nie uzdrowią go, ale pozwolą mu przeżyć kilka dodatkowych lat. Dziecko na zawsze pozostanie chronicznie chore.
To była druzgocąca wieść. Przywiedliśmy nasze myśli i lęki przed Boga i opowiedzieliśmy o tym w naszym kościele. Wszyscy zaczęli modlić się w Imię Jezusa o twórczy cud.
    Przyjaciel zasugerował mi (Christof) przeczytać książeczkę  “Cud w twoich ustach” ”, która zawiera historię bardzo chorego dziecka. Zrobiłem to i bardzo mnie to poruszyło. Przeczytałem, że musimy znaleźć Bożą obietnicę, odnoszącą się do naszej sytuacji, wyznawać ją, a Bóg sprawi wypełnienie Jego Słowa. Zacząłem zbierać Biblijne obietnice, które ludzie wymieniali w listach lub objawione mi przez Boga w różnym czasie. Pisma, z których niektóre są bardzo podobne, przypominały mi koła. Podczas ciąży były momenty, w których nagle zaczynałem płakać. W pewnej sytuacji pismo z IZAJASZA 26:4 przyszło do moich myśli: "Ufajcie po wsze czasy Panu, gdyż Pan jest skałą wieczną.” To dało wielki pokój do mojego serca i w jednym momencie przestałem płakać. Bóg wypełnił swoje Słowo z IZAJASZA 26:3 „Temu, którego umysł jest stały, zachowujesz pokój, pokój mówię; bo tobie zaufał.”
Narodziny i wszystkie okoliczności z nimi związane były bardzo błogosławione przez Boga. Po narodzinach lekarze stwierdzili, że Jonatan był w bardzo dobrym stanie zdrowia, biorąc pod uwagę kondycję jego serca. Zaczęło się życie szpitalne, które jest jak życie w zupełnie innym świecie. Czas wzlotów i upadków, dobrych wieści, złych wieści i ogólnie braku jakichkolwiek wieści. W siódmym dniu życia Jonatan miał swoją pierwszą operację. W tym czasie tylko połowa dzieci w tym stanie dochodziła do operacji i tylko połowa z nich była w stanie przeżyć, ze względu na stres jaki wytwarza się w organizmie. Cały nasz kościół modlił się o niego w tym czasie (jak również w czasie innych operacji i kiedykolwiek trudności wzrastały kościół trwał w modlitwie). Pan ochronił go i lekarze wykonali naprawdę znakomitą pracę. Wystąpiło tylko kilka bardzo niewielkich komplikacji; kiedy tylko one następowały modliliśmy się i Pan odpowiadał i pokazywał, że jest Bogiem ponad wszystkich – dla przykładu, kiedy Jonatan dostał odmę. Lekarze byli zadziwieni, że Jonatan był ciągle w dobrym stanie zdrowia, bo jedyne co zrobili to zwiększenie sztucznego oddychania. W ciąg zaledwie 24 godzin – czas nieustannej modlitwy – odma całkowicie zniknęła. Lekarz powiedział, że inne dzieci doświadczające tych samych komplikacji, zachorowywały poważnie w bardzo krótkim okresie czasu. Pewnego razu po operacji, inne dziecko u którego wykryto dokładnie ten sam rodzaj schorzenia, umarło zaraz po przejściu tej samej operacji. To było smutny, otrzeźwiający czas i jeszcze raz zdałem sobie sprawę, że całe życie pochodzi od Boga, dane przez Jego łaskę.
Kiedy Jonatan miał trzy miesiące, pozwolono nam opuścić szpital. Rozwijał się dobrze i lekarze byli zadziwieni widząc go w takim stanie zdrowia fizycznego jak i psychicznego, nawet kiedy był jeszcze na oddziale intensywnej terapii. To było wyjątkowe wśród dzieci mających takie poważne problemy z sercem.
Kolejne miesiące to czas  wypełniony karmieniem co dwie godziny, w dzień i w nocy. To był bardzo pracowity czas, ale widzieliśmy jak Jonatan rośnie. Każdego tygodnia chodziliśmy do kardiologa na badania, modląc się za każdym razem o dobre wyniki. W czasie badania tlenu, siedzieliśmy i czekaliśmy, aż poziom tlenu we krwi wzrośnie do 70% lub wyżej – co zazwyczaj wymaga trochę cierpliwości.
Kiedy Jonatan miał cztery miesiące, musiał przejść drugą operację. Operacja zakończyła się sukcesem, szybko odzyskiwał siły i tylko czasem potrzebował dodatkowego tlenu. Jednak nadeszły dni kiedy nagle zaczął potrzebować dodatkowego tlenu przez cały czas, ze względu na słaby poziom tlenu we krwi. Lekarze nie wiedzieli dlaczego, ale powiedzieli, że jeśli to się nie zmieni, to oni zwolnią nas ze szpitala z butlą tlenu i małym urządzeniem do sprawdzania poziomu tlenu we krwi. Na początku to był dla mnie mały szok. Szukałem i zbierałem pisma, tak by Bóg dał mi wiarę. Wszyscy modliliśmy się o Bożą manifestację. Za każdym razem kiedy ktoś pytał mnie o stan zdrowia Jonatana, mówiłem – z wiarą w Słowo Boże – że wrócimy do domu bez tlenu. Badania potwierdziły, że serce Jonatana działa dobrze, pomimo niskiego poziomu tlenu. Następnego dnia poziom tlenu we krwi wzrósł do 88% i już tak pozostał. Po kilku dniach opuściliśmy szpital z takim podwyższonym poziomem tlenu, pomimo tego iż lekarze mówili, że mało prawdopodobne, aby wznieść się na poziom, którego my oczekiwaliśmy (85 – 90%). Rok po tej operacji zawartość tlenu we krwi utrzymywała się na poziomie 90%. Byliśmy bardzo szczęśliwi wracając do domu bez żadnej butli z tlenem!
W wieku trzech lat miał trzecią operację, którą również zniósł dobrze, choć nie była łatwa. Później miał paraliż przepony, wylew do opłucnej i był bliski zapalenia płuc. Po modlitwie nie potrzebował regularnie stosować leków przeciwbólowych, choć wcześniej była taka konieczność.
     Sześć tygodni później opuściliśmy szpital i widzieliśmy jak odzyskuje zdrowie. Wielokrotnie widzieliśmy Boga odpowiadającego na modlitwy o Jonatana i czyniącego cuda. Jego Słowo było zawsze tam, aby dodać wiary. Dzisiaj ja mam prawie dwie strony pism, które pomogły mi w tym czasie; Bóg powołał swoje Słowo do życia by dać nam siłę i wiarę.
Lata minęły a nasz Jonatan jest nastolatkiem. Bóg przeprowadził go poprzez trudne czasy, np. zakażenie pęcherzyka żółciowego, w którym trzeba było stosować warfarynę, co oznaczało utratę krzepliwości krwi; wypadek na rowerze; i różne infekcje. Bóg prowadził go przez wszystko. Ostatnie testy i badania wykazały, że Jonatan jest w bardzo dobrym stanie zdrowia i jesteśmy bardzo szczęśliwi mając go przy nas – żywe świadectwo Bożych cudów.
     Bóg bardzo zatroszczył się o fizyczny stan zdrowia Jonatana, a wraz z upływem czasu zdałem sobie sprawę, że obowiązkiem rodziców jest zatroszczyć się o duszę dziecka. To zadanie jest nam dane przez Boga. Pewien mędrzec powiedział raz:„Największą odpowiedzialnością człowieka jest dopilnować, aby jego cenna dusza była szczęśliwa i bezpieczna w wieczności; nic innego, nic innego nie jest tak ważne jak to.”
Niedawno Jonatan otrzymał dar Ducha Świętego ze znakiem mówienia innymi językami i został ochrzczony pod wodą. Poznaje teraz Boga bardziej i bardziej!
Źródło: www.cai.org.pl

 


 

Kilka dni temu prosiłam o modlitwę w intencji naszego synka, który się jeszcze nie narodził. W piątek 12.12.2014 lekarz na usg miał obawy i postawił wstępną diagnozę, że Miłosz ma rozszczep kręgosłupa i wadę serca. Dziś mieliśmy kolejną wizytę, która zaprzeczyła tej diagnozie. Nasz synek jest zdrowy. Wiem, że to dzięki modlitwom. Dziękuję

 


 

AGNIESZKA: UZDROWIENIE CÓRKI

Witam, chciałam podzielić się kolejnym świadectwem. Moja córka od wiosny zaczęła nietypowo mrugać i miewała dziwne tiki na twarzy (przez kilka miesięcy)- z upływem czasu objawy znikały, potem znów narastały i coraz więcej osób zwracało na to uwagę. Poszłam z córką do lekarza na badania: morfologia, podawanie magnezu itd. lekarz oznajmił, że trzeba się skonsultować z okulistą i neurologiem (mogła nosić okulary lub dostawać środki psychotropowe dla małych dzieci). Wcześniej zaczęłam odmawiać Nowennę Pompejańską w pewnej intencji, ale po narastających obawach o zdrowie dziecka postanowiłam w połowie Nowenny, że zmienię intencję. Wcześniej w trakcie odmawiania Nowenny Pompejańskiej nigdy intencji nie zmieniałam, uważałam bowiem, że trzeba być wytrwałym w swoich modlitwach, tutaj jednak nie miałam wątpliwości, pomyślałam -muszę poprosić Matkę Bożą o zdrowie dla mojego dziecka – obiecałam jej także, że po skończeniu tej Nowenny, następną Nowennę Pompejańską odmówię także w intencji zdrowia mojego dziecka, pomyślałam ” Błagam Cię, Matko Ukochana, wysłuchaj mnie proszę, by moje dziecko było zdrowe i by objawy zniknęły”. Po 10 dniach od zmiany intencji nowenny tiki i mruganie zniknęło (nawet przed pójściem do okulisty – ale do okulisty i tak poszłam aby się upewnić, że wszystko jest w porządku). Mało tego – córka chodzi do przedszkola od kilku miesięcy i miała tylko raz mały katarek. Wiem, że to opieka Panny Najświętszej. Dziękuję ukochana Matko!

źródło pompejasnka.rosemaria.pl


MARIOLA: DZIĘKUJĘ CI MARYJO ZA WSZYSTKIE OTRZYMANE ŁASKI

Dziękuję Ci Maryjo za tą cudowną Nowennę . Kiedy się o niej dowiedziałam zaraz wiedziałam , że ma wielka moc. Modliłam się tą Nowenną o zdrowie mojej nienarodzonej córeczki , której rokowania po testach prenatalnych nie były najlepsze ( prawdopodobieństwo zespołu downa 1:5 i wiele innych wad). Cały czas odmawiałam Nowennę i polecałam moją córeczkę Niepokalanej.Mimo strachu czułam wewnętrzny spokój i zapewnienie , że wszystko będzie dobrze. Moja córeczka urodziła się całkowicie zdrowa, mimo że jestem już po 40-ce . Dziękuję Ci Maryjo za ten cud , za moje życie i moją rodzinę . Dziękuję Ci za tą Nowennę i wszystkim ją serdecznie polecam, aby ją odmawiali z wielką wiarą a na pewno zostaną wysłuchani.Dziękuję Ci Niepokalana.

żródło pompejanska.rosemaria.pl

 


EWA: ŚWIATEŁKO W TUNELU

Moją 4 nowennę odmawiałam za mojego siostrzeńca, który cierpi na nieuleczalną chorobę-zanik mięśni- o cud uzdrowienia. Razem z siostrą modliłyśmy się też o jego zdrowie za pośrednictwem bł. księdza Jerzego Popiełuszki. Dzień po zakończeniu nowenny dowiedzieliśmy się z internetu, że lek, który był w badaniach klinicznych działa i powstrzymuje proces chorobowy. To jeszcze nie nie jest pełen sukces, ale nadzieja na powstrzymanie choroby do czasu wynalezienia właściwego leku to już prawdziwy cud. Mamy nadzieję, że przejdzie pozytywnie dalsze badania i wejdzie na rynek. Dwa dni po zakończeniu nowenny przyszedł do mnie ksiądz – przyjaciel ks. Jerzego i obiecał modlić się za Tymusia do księdza Popiełuszki. Tak oto Matka Najświętsza dała nam nadzieję na to, że jednak jest szansa na zdrowie dla naszego ukochanego syneczka :-) piszę naszego syneczka, bo Tymuś jest moim chrzestnym synkiem.

źródło pompejanska.rosemaria.pl

 


MARIOLA: DZIĘKUJĘ MATECZKO ZA MOJĄ CÓRECZKĘ

Nie jesteśmy już z mężem tacy młodzi , mieliśmy poukładane życie ,dwóch prawie dorosłych synów i jak nam się wydawało wszystko zaplanowane.Bóg jednak miał dla nas wielką niespodziankę.Okazało się ,że kolejny raz zostaniemy rodzicami. Ciąż przebiegała prawidłowo poza wynikami prenatalnymi , które wykazały wielkie prawdopodobieństwo (1:5),że nasze dziecko urodzi się z zespołem Downa i innymi schorzeniami .Na konsultacjach pani doktor nie mówiła o niczym innym tylko o prawie do aborcji jakie niby mi przysługuje.Mimo iż usłyszała ,że nie ma mowy o aborcji i tak wręczyła mi kontakty i numery telefonów gdzie mogę „rozwiązać problem”. Maryja była moim jedynym ratunkiem.Przez całą ciąże odmawiałam Nowennę Pompejańską w intencji mojej córeczki. Mimo obaw i strachu czułam opiekę Maryi. Moja córeczka urodziła się całkowicie zdrowa i jest prawdziwym cudem i niepojętym szczęściem naszej rodziny.Dziękuję Ci ukochana Mateńko za Nowennę i łaski ,które dzięki niej możemy wypraszać. Dziękuje Ci Mateńko za to ,ze tak nas kochasz.

 

ŻRÓDŁO POMPEJANSKA.ROSEMARIA.PL

 


 

 

Gloria Maria Wrona (ur. 01.07.2005r.)
Trzecia córka Joanny i Jacka. Siostra - Dominiki, Wiktorii, Maksymiliana i Franciszka Karola. Historia jej przyjścia na świat i cudownego wyzdrowienia była jednym z dowodów świętości w procesie beatyfikacyjnym - św. Jana Pawła II. Wielka wiara jej matki we wstawiennictwo  Czarnej Madonny i "niebieską" pomoc naszego wielkiego rodaka spowodowała, że Gloria Maria żyje i wspaniale się rozwija!
Pierwszy dzień życia Glorii
 
1.07.2005 (I-szy piątek miesiąca) - 28 tydzień ciąży, godz. 8.30
Pielęgniarka informuje mnie, że na porannym konsylium została podjęta decyzja dotycząca mojej ciąży o czym chce mnie poinformować doc. (Sikora). Zostaję zawieziona na rozmowę. Lekarz informuje mnie iż wczorajsza amnioinfuzja ujawniła przyczynę powikłań ciążowych. Po pierwsze dziecko nie posiada nerek ani pęcherza przez co nie produkuje płynu owodniowego. Uniemożliwia mu to życie poza organizmem matki. Po drugie łożysko rozwarstwione tworzące tzw. zespół taśm owodniowych jest zrośnięte z macicą co uniemożliwia poród siłami natury, grożąc silnym krwawieniem a w efekcie wycięciem macicy celem ratowania życia. Lekarz proponuje natychmiastowe zakończenie ciąży poprzez cesarskie cięcie. Ostateczną decyzję pozostawia mnie i mężowi, którego telefonicznie informuje o zaistniałej sytuacji. Wracam na salę chorych.
Przez krótką chwilę płaczę, zdając sobie sprawę z tego, że moje dziecko za kilka chwil nie będzie żyło, a ja będę musiała taką wiadomość przekazać dwójce dzieci, które pozostały w domu i z utęsknieniem czekają na narodziny rodzeństwa. Jednak kryzys ten trwa krótką chwilę. Proszę Matkę Bożą o siłę aby przyjąć wszystko to, co jest mi przeznaczone. Aby tak jak Ona pod krzyżem, patrząc na śmierć własnego dziecka, cierpieć ogromną boleść w milczeniu, nie popadając w histerię. Jezu, Ty dajesz krzyż i cierpienie tym, których kochasz. Ode mnie żądasz tak wielkiej ofiary jak Bóg zażądał od Abrahama. Niech się tak stanie tylko proszę daj mi siłę nieść ten krzyż, daj mi siłę przyjąć twoją wolę. Wznoszę oczy na Chrystusa rozpiętego na krzyżu. Nie buntuję się. Nie mam pretensji. Pytam Go tylko dlaczego właśnie mnie tak wyróżnił i pozwolił współuczestniczyć w swoim cierpieniu. Chrystus jest mi teraz tak bliski, że namacalnie czuję pod palcami chropowatości drzewa Jego krzyża. Czuję, że idę razem z Nim.
Tymczasem zostaję zawieziona ponownie na badanie USG. Badanie wykonuje dr (Kapek). Wczoraj wlane wody prawie zupełnie zanikły. Zostało zaledwie kilka milimetrów. Nie ma zatem fizycznej możliwości kontynuowania ciąży. Przed podjęciem decyzji o zakończeniu ciąży proszę o wizytę duszpasterza szpitalnego. Jest godz. 9.00 a ksiądz może pojawić się dopiero po godz.11. Ekipa lekarska czeka gotowa do operacji ale ja zwlekam z podjęciem decyzji. W czasie oczekiwania na księdza zostaję ponownie zawieziona na USG. Tym razem badanie wykonuje dr (Magnucki) a następnie doc. (Sikora). Diagnoza jest taka sama: brak nerek i pęcherza, do tego rozdęte jelita oraz megakardia, przerośnięte serce gdzie komory nie współpracują z przedsionkami. Informuję lekarzy, że podejmę decyzję ale najpierw muszę zobaczyć się z duszpasterzem.
 
Po godz. 11 dociera do mnie dwóch zakonników. W skrócie przedstawiam im moją sytuację. Chcę przyjąć Komunię Św. i prosić o błogosławieństwo. Tymczasem z ust zakonników padają słowa, że jeśli wyrażę zgodę na operację będzie to równoznaczne z dokonaniem aborcji.
 
Ciężko jest mi opisać uczucia jakie w tym momencie targają moją duszą. Z jednej strony ogromna boleść, trudny do wyrażenia ból aż odczuwany fizycznie spowodowany świadomością, że dziecko, które noszę pod sercem, umiłowane, wytęsknione, wymodlone od chwili poczęcia, otoczone wielką miłością za kilka minut przestanie żyć w takich okolicznościach. Nadal czuję delikatne ruchy, nadal bije jego serce. Nie ma szans na życie poza łonem, nie ma fizycznych możliwości na kontynuowanie ciąży, nie mogę czekać aż umrze w moim łonie, aby nie rozpoczął się poród siłami natury. Niestety tę dramatyczną decyzję muszę podjąć sama. Jakakolwiek by nie była, lekarze nie podejmą działań wbrew mojej woli. Boję się, że to co mówią ojcowie jest prawdą dlatego targają mną tak silne rozterki. Czuję jak gorące krople potu spływają po moim ciele.
 
Z drugiej strony gdzieś głęboko mam odczucie, że Ojciec chce ofiary z mojego maleństwa. Ufam mu bezgranicznie. Wszystkie wydarzenia z kilkunastu ostatnich dni zaczynają składać się w jakąś logiczną całość. Mam wrażenie, że byłam prowadzona jak za rękę aż do tego momentu, a celem działania Opatrzności jest pewnie uratowanie mojego życia.
Ojcowie próbują mnie przekonać do rezygnacji przedstawiając sylwetkę św. Joanny Molli. Ależ ja znam doskonale jej historię. Podziwiałam ją, modliłam się do niej ale ja nie mam tyle siły co ona aby powiedzieć "nie". Próbuję się tłumaczyć, że moja sytuacja jest inna niż św. Joanny, że technicznie moja operacja wygląda inaczej niż zabieg aborcyjny, że dziecku zostanie udzielona pomoc, że jeśli taka jest wola Boża to moja córka po cesarce będzie żyła mimo tej okrutnej diagnozy lekarskiej. Mówię to, choć sama w to nie wierzę.
 
Ponieważ czas nagli, lekarze naciskają na podjęcie decyzji, ekipa gotowa do operacji oczekuje od kilku godzin na moje "tak", jeden z ojców wykonuje telefon do etyka franciszkańskiego o. Mieczysława Wnękowicza. W kilku zdaniach przedstawiam mu mój problem. Ojciec Mieczysław po chwili rozmowy informuje mnie, że ma przeczucie iż należy przyspieszyć to cesarskie cięcie. Wziął do rąk relikwie św. Teresy od Dzieciątka Jezus i pomodlił się razem ze mną. (Po kilku dniach gdy po wyjściu ze szpitala zatelefonowałam do o. Mieczysława poinformował mnie, że wówczas miał na sobie stułę Ojca Pio, a w czasie godziny Miłosierdzia gdy trwała moja operacja usilnie się za nas modlił) Ta rozmowa podziałała jak silny impuls, który skłonił mnie do wyrażenia zgody na operacje.
 
Udałam się na blok operacyjny.    
Najpierw musiałam przebrnąć przez formalności. Rozmowa z anestezjologami usypiającymi mnie do operacji, wypełnienie dokumentów, podpisanie zgody na cesarskie cięcie. Następnie przyszła do mnie pielęgniarka. Gdy zostałyśmy same, w bardzo delikatny sposób zaczęła ze mną rozmawiać. Przeprosiła, że musi ten problem poruszyć ale obawia się, że po operacji będzie mi jeszcze trudniej o tym mówić. Rozmowę zaczęła słowami: ,"Zdaje sobie pani sprawę z tego, że pani dziecko nie będzie żyło. Musi pani podjąć decyzję co z ciałem dziecka. Czy chce pani zabrać ze sobą czy skremować w klinice?" Tu wyjaśniła mi jak mam wszystko załatwić od strony formalnej. Podpisałam dokumenty potwierdzające moja decyzję co do ciała dziecka. Proszę o chrzest. Ponieważ wiem, że dziecko, które noszę pod sercem będzie dziewczynką, podaję imiona: Gloria Maria. Są to imiona, które wybrałam jakiś czas temu ofiarowując dziecko Matce Jasnogórskiej i prosząc Ją o opiekę nad nim. Podając imiona pomyślałam sobie: "Maryjo! Przecież wybrałam te imiona na Twoją chwałę, Tobie ją zawierzyłam. A teraz co? Na białym nagrobku będą widniały? Jaka to chwała Maryi?" Przez moment zawahałam się czy nie zmienić wyboru. Zostałam sama w sali przedoperacyjnej. Drzwi z obu stron są zasunięte. Cisza. Słyszę głos: "Po bólu rodzenia przychodzi radość macierzyństwa". Po chwili znów słyszę ten sam głos i trzeci raz to samo. Pomyślałam: "Panie Jezu, jaka radość macierzyństwa, u mnie nie będzie żadnej radości. Będzie ból i koniec."
 
Idę na salę operacyjną. 
Nadal nie płaczę, nie rozpaczam. Jestem opanowana, przytomnie i rzeczowo rozmawiam z lekarzami choć ból jaki odczuwam w sercu jest niemożliwy do opisania. Kładę się na łóżku - fotelu operacyjnym. Wokół mnie kilkunastoosobowa ekipa. Myślę: "Jezu, idę na krzyż razem z Tobą". Jedna noga przypięta w jedną stronę, druga w drugą. Prawa ręka przypięta przez anestezjologa, lewą po raz ostatni kładę na brzuchu. Chcę pożegnać się z moim dzieckiem, którego po przebudzeniu żywego nie zobaczę. Niestety i lewą rękę należy przywiązać. Na twarz anestezjolog zakłada mi maskę. Czuję mocny ból szczęki -  zasypiam.
 
Przebudzenie.
Ból. Czuję potworny ból brzucha. Otwieram oczy, widzę męża i moją mamę. Pamiętam wszystko. Domyślam się, że moje dziecko nie żyje, dlatego moje pierwsze pytanie dotyczy macicy. Czy mam ją nadal, bo tak bardo pragnę mieć trzecie dziecko. Mama mówi, że zachowano macicę a moje dziecko żyje.
 
Wracam na oddział położniczy
Przede mną długa noc. Potworna noc, bo mimo środków znieczulających i nasennych nie śpię. Nasłuchuję dźwięku wydobywającego się z wózeczków w których siostry rozwożą dzieci do karmienia z oddziału neonatologicznego, który znajduje się w końcu korytarza. Tam jest moja córeczka. Jeśli jakiś wózeczek nie wjeżdża do sali, a jedzie w drugi koniec korytarza, ja jestem pewna, że to moje dziecko jedzie do prosektorium. Była to bardzo długa noc. Nad moim łóżkiem wisi krzyż. Podnoszę na niego wzrok. Nie płaczę, nie żalę się. Dziękuję Jezusowi za to cierpienie, za krzyż, który niesie razem ze mną. Myślę: "Przecież nie dajesz człowiekowi większego krzyża, niż może udźwignąć, a więc z Twoją pomocą przebrnę przez te wszystkie trudności i doświadczenia". Choć powoli zaczynają pojawiać się wątpliwości, które zasiali we mnie ojcowie. "Czy ja nie zabiłam swojego dziecka?" Nad ranem zasypiam.
 
Budzę się rano z ostrym kacem. Chyba w ten sposób chcę 'zabić' stres i niepewność. W pewnym momencie telefonuje doc. Sikora. Jego słowa brzmią jak wyrok. Jest źle, gorzej niż źle. Dziecko nie będzie żyło, a z żoną też nie wiadomo co będzie. Nie wchodzę w szczegóły i tak niewiele to by dało. Mam podjąć decyzję, chyba najtrudniejszą w życiu. O ironio, ja który z racji zawodu nigdy nie miałem z tym problemu i przyzwyczajony byłem do skomplikowanych i trudnych wyborów. Ja 'Brudny Harry' mam zadecydować o życiu mojego dziecka i może żony, nie mając żadnego na to wpływu. Proszę docenta o czas. Jadę błyskawicznie do Częstochowy. W drodze kolejny telefon, że nie można już czekać, "niech się dzieje wola Boża". Dojeżdżam do Częstochowy. Po drodze dzwonię do teściowej, aby szykowała się na wyjazd ze mną do Katowic. Jej obecność może być żonie potrzebna. Wbiegamy na oddział. Pielęgniarka na sali pooperacyjnej mówi nam, że zabieg się udał, żona i dziecko żyją. Podchodzimy do jej łóżka. Zaczyna się przebudzać. Widać, że cierpi, nie tylko fizycznie. Krótka bezładna, rwana rozmowa. Teściowa zostaje, ja mogę zobaczyć 'Małą'. Idę na OIOM 'neanatalogiczny'. Ubrany jak chirurg, wchodzę na salę. Podchodzę do inkubatora i to co zobaczyłem zostanie we mnie do końca życia. Wewnątrz leżało 'coś', co miało być moim dzieckiem, istotą ludzką. Ecce homo! Małe, czerwone, pokryte włosiem, podłączone do kilku kabelków. Stałem się przeźroczysty. Nigdy w życiu się tak nie czułem. Całkowita bezradność i niemoc. Oprócz patrzenia nie mogłem nic zrobić. Przez głowę przebiegało mi tysiąc myśli na sekundę. Wychodząc zwróciłem się do mojego patrona Archanioła Michała - obrońcy życia - o pomoc. Po mnie weszła zobaczyć Glorię Marię, teściowa. Wyszła ze łzami w oczach. Pobyliśmy jeszcze chwilę i po rozmowie z lekarką wróciliśmy do Częstochowy. Noc przetrwałem w malignie.
 
  Nic nie zapowiadało, że latem A.D. 2005 przeżyję wraz z całą moją rodziną, coś co radykalnie odmieni życie - moje i najbliższych. Szczególnie w sferze wiary i poglądów na życie i jego sens. Swoją żonę Asię poznałem na jesieni 1993r w Częstochowie, była 18-to letnią licealistką, ja 26 letnim absolwentem UJ, czekającym na przyjęcie do UOP w Warszawie. Musieliśmy sobie przypaść do gustu, gdyż zaręczyliśmy się na Boże Narodzenie. W marcu 1994r wyjechałem na 9 miesięcy do Brzegu na Opolszczyźnie do Szkoły Policji (w UOP-ie mnie nie chcieli, ze względu na przeszłość; byłem trzy lata v-ce przewodniczącym NZS UJ, trzykrotnie zawieszanym za współorganizowanie akcji protestacyjnych). W związku z tym, że Asia zaczęła studia na UŚ w Sosnowcu, aby uregulować kwestie cywilno-prawne, postanowiliśmy wziąć ślub cywilny, a następnie gdy wrócę z delegacji i nasz związek 'okrzepnie' - kościelny. Tak też się stało. W dniu 15.09.1994r. daliśmy 'zapisać' się w USC w Częstochowie, a w dniu 2.07.1995r zawarliśmy ślub przed ołtarzem kościoła parafii (wtenczas) bł. Urszuli Ledóchowskiej na Rakowie - Wrzosowiaku w Częstochowie. Po tym fakcie żona przeniosła się do Krakowa na UJ, a ja pracowałem w Komisariacie I Policji w naszym mieście. W październiku okazało się, że Asia spodziewa się dziecka. Cała ciąża przebiegła bez najmniejszych problemów. Pod koniec zimy jeździliśmy nawet na narty do Korbielowa. Dominika Joanna urodziła się 17.07.1996r w szpitalu przy ul. Mickiewicza. Ważyła 3600g i dostała 9 punktów w skali Apgar. Mieszkaliśmy wtenczas z teściami w mieszkaniu dwu pokojowym, więc mogliśmy liczyć na pomoc w wychowaniu dziecka (oczywiście w pewnych granicach). Mała rozwijała się prawidłowo, nie przysparzając większych problemów, wobec powyższego uzgodniliśmy, że dobrze by było, mieć jeszcze jedno dziecko. 11.04.1998r urodziła się Wiktoria Weronika, waga 3450, 9 punktów Apgar. Cała ciąża jak i sam poród przebiegły bez najmniejszego problemu. Zaczęła nam jednak dokuczać ciasnota w mieszkaniu, oraz brak intymności. Na skutki nie trzeba było długo czekać, w czerwcu Wiktoria zachorowała na ciężkie zapalnie płuc i wraz z żoną znalazła się na oddziale dziecięcym Szpitala przy ul Bony. W dwa dni potem dołączyła do nich Dominika. Dziewczynki dzielnie walczyły o życie. Starsza 2 tygodnie a młodsza prawie miesiąc. Myślę, że to wtenczas dojrzeliśmy jako rodzice i opiekunowie. Doświadczenie to stało się zbawienne na przyszłość. Niezbadane są 'drogi Pańskie'. Stało się jasne, że potrzebne jest nam osobne mieszkanie. Udałem się więc na odbywające się targi nieruchomości i okazało się, że jest do kupienia na raty małe mieszkanie w nowo budowanym, nowoczesnym i ładnym budynku, powstającym niedaleko teściów. Nadludzkim wysiłkiem wpłaciliśmy I ratę i po 1 roku mieszkanie było nasze. 'Kobietki' rosły na potęgę, szczególnie Dominika i nim się obejrzeliśmy zaczęła uczęszczać do Przedszkola Sióstr Urszulanek przy ul. Pułaskiego, gdzie następnie dołączyła Wiktoria. Ja w tym czasie pracowałem w Komendzie Rejonowej Policji a później, w Komendzie Wojewódzkiej aż do jej rozwiązania, aby ostatecznie przejść do Komendy Miejskiej. Asia zrezygnowała ze studiów i zajęła się wychowaniem dzieciaków. Po okresie kiedy opieka nad nimi pochłaniała cały nasz czas, mogliśmy już pozostawiać je pod opieką teściów lub moich rodziców, oraz co szczególnie mnie cieszyło zaczęliśmy jeździć na wczasy i częste, dalekie wycieczki, szczególnie na moje ulubione Podhale. Było nam ciężko finansowo, gdyż żyliśmy tylko z jednej pensji, ale oszczędność żony pozwalała na w miarę godne życie. Dominika rozpoczęła naukę w Publicznej Szkole Podstawowej, a Wiktoria w Katolickiej o znacznie wyższym poziomie i do tego rok wcześniej. Ja w tym czasie awansowałem i przeszedłem do pracy w Komendzie Głównej w Warszawie. Całość bieżącego wychowania, jak i obowiązków domowych spadła na Asię. Dodatkowo jeszcze zacząłem jeździć na częste wyjazdy służbowe w Polskę i zagranicę. Pod koniec 2004r zaczęliśmy się zastanawiać nad kolejnym dzieckiem. Żona i tak stale przebywała w domu, a życie rodzinne dawało nam dużo radości. Po namyśle stwierdziliśmy, że to dobry pomysł. Asia zaszła w ciążę w styczniu 2005r. Tym razem jednak w odróżnieniu od dwóch wcześniejszych, prawie od samego początku nie czuła się najlepiej. Było to novum, bo jak wspominałem, wcześniej nie 'leżała' nawet jednego dnia. Absolutnie żadnych problemów. Chodziła jednak regularnie do lekarza, a wyniki częstych badań były raczej uspakajające. Czuła się jednak coraz gorzej a ja nie mogłem nic na to poradzić, wprost przeciwnie, praktycznie nie było mnie cały czas w domu bowiem jeździłem z delegacji na delegację. Telefonicznie radziłem jej aby udała się do innego lekarza, może on coś doradzi. Tak też zrobiła, nie spodziewałem się, że to 'cisza przed burzą' i początek zdarzeń o których nawet mi się nie śniło! Nie mówiąc już o mojej żonie, dla której nastał prawdziwy czas próby i wiary.
 
17.06.2005 (piątek) - 26 tydzień ciąży
Od kilku dni odczuwam słabe ruchy dziecka. Towarzyszy temu dziwny niepokój, który narasta z każdym dniem. Mimo, iż mój lekarz prowadzący jest na urlopie, udaję się do innego ginekologa. Po wykonaniu badania USG lekarz stwierdza zmniejszoną ilość wód płodowych oraz podejrzewa arytmię u dziecka. Dostaję skierowanie do szpitala.
Asia leżała miesiąc wcześniej w Szpitalu Wojewódzkim przy ul. PCK. Niestety warunki i zachowanie personelu medycznego były skandaliczne (szkoda opisu) i po wyjściu wiedzieliśmy tyle co na początku. Udajemy się więc do znajomego ginekologa, mojego kolegi z liceum. Po badaniach stwierdza, że 'coś' jest nie tak i w związku z trudnościami w diagnozie, proponuje konsultacje u znajomego profesora w Łodzi, podobnież wybitnego specjalisty. Umawiamy się z nim telefonicznie na następny dzień wieczorem. Rano jednak dzwonię do Polikliniki MWSiA w Katowicach i pytam się pierwszego 'z brzegu' lekarza, kto jest wg. niego najlepszym patologiem ciąży na Śląsku. Sugeruje, że doc. Sikora - Ordynator Patologii Ciąży Szpitala Klinicznego ŚLAM. Wykonuję więc kolejny telefon. Rozmawiam z nim chwilę potem i jesteśmy umówieni za 4 godziny w Klinice. Bez skierowania, bez problemu!!!
 
20.06.2005 (poniedziałek)
Udaję się na konsultację do Centralnego Szpitala Klinicznego Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach. Badanie USG wykonuje mi doc. Sikora. Oprócz małej ilości wód płodowych stwierdza on iż u dziecka wystąpiła hypotrofia tzn. niedowaga. Dziecko przestało rosnąć a jego rozwój zatrzymał się na 22 tyg. a częściowo na 20 tyg. Przyczyna takiego stanu dziecka na razie jest niejasna. Lekarz podejrzewa niewydolność łożyska. Waga dziecka wynosi 467g. Szanse na przeżycie w tym momencie wg Grannuma wynoszą 0. Doc. Sikora uprzedza nas abyśmy nie robili sobie zbyt dużych nadziei jeśli chodzi o uratowanie dziecka. Informuje nas, że będzie próbował znaleźć przyczynę i wyeliminować ją. Jeśli się to nie uda, dziecko umrze w moim łonie. Wracamy do domu. Za kilka dni mam zgłosić się do w/w szpitala celem wykonania dokładnych badań. Od tego momentu modlę się do Ojca Świętego Jana Pawła II prosząc go o pomoc w uratowaniu naszego dziecka. Każdego dnia kładę na brzuchu obrazek z jego wizerunkiem (który kilka dni wcześniej w czasie robienia porządków wypadł z dokumentów męża) na odwrocie którego widnieje tekst modlitwy Anioł Pański oraz odręczny napis "Ojciec Święty wziął do rąk i pobłogosławił z myślą o chorych w Krakowie na Wawelu dnia 22.VI.1983r."
Przygotowujemy się do pobytu Asi w klinice. Największy 'techniczny' problem to opieka nad dzieciakami, ale tu jak zwykle niezawodni są teściowie i moi rodzice. Muszę też załatwić wolne w pracy, ale to nie stanowi większego problemu - naczelnik Wojtek L. daje mi praktycznie 'wolną rękę'. Gorzej, że w tym czasie planujemy z moim przyjacielem z którym pracuję Antkiem, wyjazd służbowy na Białoruś do Mińska.
 
29.06.2005 (środa)
Jestem przyjęta na oddział Patologii Ciąży. Dr Kapek wykonuje mi badanie USG, które to pokazuje, iż zanikły całkowicie wody płodowe natomiast moje dziecko mimo tak trudnych warunków w łonie, przez ostatnich 9 dni przytyło ok. 400g (sic!), a jego waga wynosi obecnie 860g. Szanse na przeżycie wg Grannuma 1. Następnego dnia rano mam mieć wykonany zabieg amnioinfuzji czyli uzupełnienia wód płodowych.
Zostawiam żonę w klinice i jadę do Warszawy, bo jutro mam ważne spotkanie międzynarodowe w Wilanowie. Stale informuje mnie o swoim stanie i o podejmowanych działaniach. Moja wiedza na ten temat jest znikoma, ale przeczuwam, że nie jest dobrze.
 
30.06.2005 (czwartek)
Dr Magnucki przebijając powłoki brzuszne próbuje uzupełnić wody płodowe. Obserwując zabieg na monitorze USG dostrzega iż wlewany płyn zamiast wypełnić łożysko, rozlewa się pomiędzy taśmami, które powstały z rozwarstwienia łożyska. Ponieważ taśmy nie przepuszczają wody do dziecka, lekarz ponawia próbę przebijając łożysko w innym miejscu. Tym razem odnosi sukces. Do dziecka dopływa 1 l płynu. Niestety po uzupełnieniu lekarz zaobserwował coś niepokojącego na monitorze USG uprzedzając mnie abym nie robiła sobie zbyt dużych nadziei. Z sali operacyjnej wracam na oddział.
Siedzę na imprezie. Wiem już od żony, że planowany zabieg się udał, ale sytuacja nie jest do końca wyjaśniona. Mimo to korpus dyplomatyczny wznosi toasty za jej zdrowie, wiedząc o moich  problemach.
Drugi dzień życia Glorii
 
2.07.2005 ( I-sza sobota miesiąca)
Otwieram oczy. Jest jasno. Na ścianie naprzeciwko wisi kalendarz, na nim zdjęcie Ojca Świętego Jana Pawła II w tym samym geście wzniesionych rąk co na obrazku, który kładłam na brzuchu w czasie modlitwy. Po chwili do mojej sali wchodzi kobieta. Siada na łóżku. Przedstawia się. Jest pediatrą. W nocy opiekowała się moim dzieckiem. Prosi abym nie rozbudzała w sobie zbyt dużych nadziei ale z moim dzieckiem dzieje się coś niesamowitego. Pojawiły się kropelki moczu, a wiec jest pęcherz i przynajmniej jedna nerka. Oddycha samodzielnie, bez respiratora co jest niewiarygodne u dziecka 28 tygodniowego z masą urodzeniową 86 dkg! Pani doktor mówi, że mała jest silna, ruchliwa i bardzo chce żyć.  Ojcze Święty to nie jest przypadek, że Ty tu jesteś, myślę patrząc na zdjęcie na ścianie. Wierzę, że za Twoją przyczyną moje dziecko żyje.
 
Przyjeżdżam rano do kliniki. Nie wiem czy córka żyje. Wchodzę na salę i widzę, że inkubator jest pusty. Stało się! Co czuję, ciężko opisać. Na pewno potworny smutek i żałość, ale czy mężczyzna może płakać w takiej sytuacji?! Stoję oszołomiony i zdziwiony reakcją pielęgniarki, która twierdzi, że zawsze jest nadzieja. Ale na co? Wtenczas mówi z rozbrajającą lekkością. "To Pan nie wie? Córka została przewieziona rano do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka, na OIOM".  Okazało się, że jest to ok. trzysta metrów dalej. Pobiegłem więc jak szalony, nie patrząc na nikogo. Wpadłem do gabinetu lekarza dyżurnego. Pani doktor musiała się chyba lekko przestraszyć, bo starała się udzielić odpowiedzi prawdopodobnie nie za bardzo wiedząc o kogo chodzi. Dopiero po pewnym czasie ochłonęła i skojarzyła fakty. Potwierdziła, że 'Mała' leży na oddziale, ma przeprowadzane szczegółowe badania, stan jest bardzo ciężki, a rokowania niepewne. Wkurzyłem się trochę na nią w duchu, bo takiej odpowiedzi sam sobie mogłem udzielić. Ale znając 'asekuranctwo' lekarzy, czego mogłem się innego spodziewać. Pani doktor okazała się jednak sympatyczna i mimo wszystko, znacznie mnie pocieszyła. Bez większych problemów pozwoliła mi też wejść na salę i zobaczyć Glorię. Wyraźnie 'iskrzyło' w niej życie, chociaż biedactwo leżało nieruchomo, podpięte do przewodów i kabelków. Ilość monitorów i czujników zrobiło na mnie wrażenie i niewątpliwie wzmacniało poczucie bezpieczeństwa. Wróciłem do kliniki gdzie leżała żona. Mimo, że 'znękana' i cierpiąca, była odmieniona. Mogliśmy wreszcie spokojnie porozmawiać na temat wydarzeń, w których razem (choć inaczej) uczestniczyliśmy. Trwało to krótko, bo nie chciałem jej przemęczać. Dokładnie zdałem jej relację z wizyty u naszej córki. Następnie wróciłem do Częstochowy. 
 
Dzień trzeci życia Glorii
 
Wczoraj minęła 10 rocznica naszego ślubu kościelnego. Z dziećmi, teściami i rodzicami idę do Kościoła Parafialnego, Sanktuarium św. Józefa Robotnika, na uroczystą Mszę Św. w tej intencji. Kazanie wygłasza ks. prof. Jarosław. Jak zwykle mądre i 'mocne', z oczywistymi aluzjami. Mówi o rodzinie i obronie życia. Niby rzeczy banalne, ale stanowiące fundament wiary, społeczeństwa i narodu. Wiele osób ma łzy w oczach, ja chyba też. Stoję bez Asi. Strasznie mi jej brakuje, szczególnie w tym dniu. Polecam ją z prośbą o wstawiennictwo Archaniołowi Michałowi, obrońcy życia. Widząc obraz św. Józefa opiekuna św. Rodziny, rozmyślam też na temat ojcostwa, jego roli i znaczenia. Zaraz potem z teściową oraz Dominiką i Wiktorią jedziemy do Katowic. Krótkie przywitanie z żoną i 'lecę' do Małej. Rozmawiam z tą samą lekarką. Pociesza mnie. Stan w miarę stabilny, pozostaje czekać. Pytam się czy mogę zrobić zdjęcia, gdyż może to być jedyna taka okazja, a ponadto chciałbym pokazać Glorię jej siostrom. Wiem, że to wbrew regulaminowi i zasadą. O dziwo Pani doktor zgadza się, pod warunkiem zachowania wszelkich zasad bezpieczeństwa (sanitarnego). Dziewczynki wchodzą w fartuchach, rękawiczkach, czepkach i maseczkach, ostro wcześniej zdezynfekowane. Są w szoku! Ja robię aparatem cyfrowym (bezbłyskowe) zdjęcia. Wracamy do żony. Dzieci opowiadają jej wrażenia. Jest wesoło i rodzinne. Pokazuję jej też zdjęcia Glorii na wyświetlaczu aparatu cyfrowego. Pierwszy raz widzi swoje dziecko.
 
Siódmy dzień życia Glorii
 
Dzisiaj Asia wychodzi ze szpitala więc jadę po nią z rana. Czeka już na mnie, żegnamy się z personelem i szybko idziemy do Małej. Wchodzimy razem na salę, Asia jest w szoku, nie może  pohamować łez. Ja już się przyzwyczaiłem więc gram twardziela. Rozmawiamy z lekarzem. Mówi, że stan jest w miarę stabilny, pozostaje jak zwykle czekać. Wracamy do domu. Myślę, że wspólny (chociaż krótki) pobyt jest nam potrzebny. Obecność dzieci też wpływa kojąco. One też na to czekają.
 
Jedenasty dzień życia Glorii
 
Mała zostaje zakażona gronkowcem, czyli ma posocznicę! W jej stanie to jak wyrok śmierci. My jednak jeszcze o ty nie wiemy. Asia codziennie dojeżdża do kliniki z własnym mlekiem, następnie jeszcze ściąga na miejscu, aby starczyło na conajmniej trzy karmienia (co 3 godziny). To praktycznie jedyne lekarstwo dla Glorii.
 
Trzynasty dzień życia Glorii
 
Dowiadujemy się o posocznicy. Mam ochotę 'pozabijać' lekarzy. Znowu drżymy o życie córki. Żal ściska na widok tego Maleństwa tak ciężko doświadczanego. Dziesiątki zastrzyków, kroplówki. Jesteśmy znowu całkowicie bezradni. Co do zakażenia, to dopiero późniejsze wydarzenia otworzą nam oczy, co do ewentualnej jego przyczyny.
 
Dwudziesty piąty dzień życia
 
Mała zwalczyła gronkowca!!! Nie ma już bezpośredniego zagrożenia życia. Zostaje przeniesiona na oddział Patologii Noworodka. Zaczyna dochodzić do siebie! Żona ciągle codziennie dojeżdża z mlekiem, ja 'siedzę' w Warszawie, a jej zazwyczaj towarzyszy mój tata. Biedak, musi dojechać do naszego bloku, następnie przesiada się do auta Asi. Jadą do Katowic. Tam czeka pod kliniką czasami 3-4 godziny. Wracają do Częstochowy i musi jeszcze wrócić do siebie. Doświadczyło ojca na starość!
 
Trzydziesty dzień życia Glorii
 
Zostaje przeniesiona do sali o mniejszym nadzorze. Zaczyna wyraźnie przybierać na wadze, jej stan wyraźnie się poprawia. Rokowanie nie są złe!
 
Trzydziesty ósmy dzień
 
Po raz pierwszy dotykałam Cię dzisiaj! Jesteś taka delikatna i krucha. Trzymałam Twoje malutkie paluszki, maleńką rączkę, głaskałam Cię po główce. Masz 38 dni. Tyle dni temu rozdzielono nas, a dziś znów mogłam być tak blisko Ciebie. Ważysz już 1250 g. Podczas wizyty nie spałaś. Mrugałaś tymi czarnymi oczkami i robiłaś takie miny jakbyś mnie słyszała i rozpoznawała. Twoje siostrzyczki też mogły Cię dziś zobaczyć. Były zachwycone swoją malutką Glorią. Kocham Cię bardzo i tęsknię za Tobą.
 
Pięćdziesiąty czwarty dzień życia Glorii
 
Asia zaczyna ją 'kangurować', czyli przykładać sobie dziecko do piersi. Mała podobnież tuli się jak mały Kociak, popiskują przy tym cichutko. Jest super! Codziennie ma podawane mleko matki i sztuczne, wpływa to na nią korzystnie.
Gloruniu leżałaś dziś u mnie na piersiach!  Większej radości nikt nie mógł mi sprawić. Kiedy przyszłam do Ciebie siostra zmieniała Ci pampersa, a Ty obsiusiałaś prześcieradełko w inkubatorze. Trzeba było zmienić je na czyste. Siostra wyjęła Cię z inkubatora, założyła Ci czapeczkę i położyła Cię na moich piersiach. Na koniec okryła Cię kołderką. Leżałaś bez ruchu ponad godzinę, ale przez cały czas gaworzyłaś i miałam wrażenie, że opowiadasz mi o wszystkim co się wydarzyło od naszego rozstania 54 dni temu. Czułam jak mocno bije Ci serduszko, chyba z emocji, i jak silnie przywarłaś do mojego ciała. To było piękne przeżycie. Myślę, że dla nas obu.
 
Pięćdziesiąty siódmy dzień życia Glorii
 
Mała 'spada' na parter kliniki na oddział tzw. Kubusiowi. Za kilka dni ma wyjść z kliniki!!!! Asia zostaje z nią na oddziale, teraz już przez ostatnie dni będą razem. Nareszcie koniec jej udręki. Dwa miesiące dzień w dzień, po sto kilometrów jazdy, w jedną i drugą stronę. Ja przyjeżdżam do Małej jak tylko często mogę, zazwyczaj trzy razy w tygodniu.
 
Sześćdziesiąty drugi dzień
 
Pomimo tego, iż ważysz dopiero 1890 g pozwolono Ci dzisiaj opuścić inkubator! Wielka niespodzianka i wielka radość. Po 62 dniach spędzonych w inkubatorze możesz spać w łóżeczku. Ale to jeszcze nic. Druga niespodzianka sprawiła mi jeszcze więcej radości. Pozwolono mi nakarmić Cię dziś piersią! Było to bardzo przyjemne doświadczenie. Moja Glorusia mimo tego, iż głodna, najpierw przez pół godziny oglądała, oblizywała, przytulała się do cysia, uśmiechała i zagadywała, a dopiero po tym czasie zaczęła ssać. Nie było to łatwe, bo co kilkanaście sekund przestawałaś i odpoczywałaś ale ja uważam, że pierwsze karmienie było na 6!
 
Siedemdziesiąty pierwszy dzień życia Glorii
 
Gloria wychodzi z kliniki!!! Przyjechałem ok. 11.00 wraz z teściową, mamy dla Glorii wspaniały amerykański fotelik samochodowy. Prezent od wujka Antka i cioci Doroty. Pakujemy się i w drogę. Nigdy jeszcze tak ostrożnie nie jechałem. Każdy manewr sygnalizowałem z odległości kilometra i nie przekroczyłem ani razu 90 km/h. W mieszkaniu czekało na Małą jej nowe łóżeczko, uzbrojone w alarm 'bezdechowy'. Przybyła nareszcie do siebie po dwukrotnym zwycięstwie nad śmiercią! Bogu niech będą dzięki!!!!
 
Od tego momentu zaczynamy walkę o komfort jej życia, jeździmy do specjalistów, zaczynamy intensywną rehabilitację, wszystko robimy co w naszej mocy. Daje to dość szybko efekty: cofa się retinopatia, badania słuchu wypadają pomyślnie, kardiolog mówi, że stan serduszka jest dobry, neurolog też nie ma większych uwag. Trwają intensywne masaże.
 
12 październik 2005
Telefonuje do mnie kolega dziennikarz i mówi, że w 'Wyborczej' ukazał się artykuł na temat Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka i skandalicznego zachowania tamtejszych pielęgniarek na oddziale Patologii Noworodka. Kupuję gazetę i nie mogę uwierzyć! Poznaję te pielęgniarki, one opiekowały się moją Glorią. A na zdjęciach wijący się Maluch to prawdopodobnie moja córka!! Telefonuję do Asi. Jest w kompletnym szoku. Porównuje daty przypuszczalnego czasu wykonania zdjęć oraz szczegóły ze zdjęć które ja zrobiłem na tej Sali ze zdjęciami zamieszczonymi w gazecie. Wszystko się zgadza? W poniedziałek jedziemy do Prokuratury w Katowicach. Żona składa zeznania w powyższej sprawie, ja przekazuję kopie zdjęć do badan porównawczych. Udzielamy kilku wywiadów m.in. TVN-owi, Polsatowi, Telewizji Regionalnej. Zastanawiam się w skrytości, czy nie pojechać do Kliniki i nie zrobić awantury, łącznie z 'obiciem' personelu. Podejrzewam, że nikt by mnie nie powstrzymał. Czułem się jak 'Terminator'. Jednak po pewnym czasie ochłonąłem. Do tej pory nie ma pewności, które dzieci były faktycznie na zdjęciach. Nie ma to już większego znaczenia. Ja nie mogę zrozumieć jednego - jak można tak poniżać bezbronnego człowieka?! Te dzieci przecież walczyły o życie, część je przegrała, a te 'moralne rozwielitki' zabawiały się w najlepsze. Czas pogardy dla życia sięgnął zenitu, 'cywilizacja śmierci' zbiera swoje żniwo. Gdzie były pozostałe tej nocy na dyżurze siostry, przecież sale są przeszklone, tam nie ma anonimowości?! Dlaczego nie zareagowały? Gdzie byli przełożeni? Pana ordynatora przez te dni nie widzieliśmy ani razu. Jeżeli te zdjęcia przypadkiem pokazały pewien obraz panującej tam rzeczywistości, to kto może zagwarantować, że nagminnie w nocy nie odbywały się libacje alkoholowe oraz inne 'zabawy'? Czy zakażenie Glorii posocznicą było przypadkowe, czy może wynikło z nieprzestrzegania elementarnych zasad higieny i beztroski personelu, który sobie w nocy 'używał'? Pytań 'ciśnie' się wiele a odpowiedzi brak! Wielokrotnie w swojej pracy spotykałem się z przemocą, zbrodnią, śmiercią, upodleniem człowieka, ale zawsze była to tzw. patologia, w większym lub mniejszym stopniu. Mieliśmy prawo (i nadzieję) oczekiwać od lekarzy i pielęgniarek, że ich postawa będzie dla tego 'świata' przeciwwagą! Patronem kliniki jest Jan Paweł II, to on był największym propagatorem 'cywilizacji miłości'. Gdzie ich moralna odpowiedzialność?! Te 'głupie' i 'mętne' tłumaczenia w prasie, radiu i telewizji. Wiem jednak jedno: dla mnie ci ludzie (odpowiedzialni za ten stan rzeczy) są przeklęci!
 
17 grudnia 2005
To był szczególny dzień. Msza Św. na Jasnej Górze ( przed 'cudownym' Obrazem) w intencji Glorii, w trakcie której ofiarowaliśmy jako wotum za uratowanie jej życia, złote serce z wygrawerowanym napisem - Gloria Maria. Wiele lat temu dostałem od pewnej osoby malutką sztabkę złota za pomoc w życiowej sprawie. Postanowiliśmy, że przetopimy ją na serduszko i ofiarujemy Maryi na Jasnej Górze. Na uroczystość przybyli nasi najbliżsi oraz 'duchowy' chrzestny Glorii - 'wujek' Antek i ciocia Dorota. Po Mszy udaliśmy się do restauracji gdzie biesiadowaliśmy kilka godzin w radosnym nastroju.
 
Mała rozwija się nadspodziewanie dobrze, ustąpiły praktycznie wszystkie jej dolegliwości, systematycznie jeździmy z Nią na kontrolę do specjalistów. Ciągle jest rehabilitowana, ma też zajęcia z logopedą. Nauczyła się siadać, raczkować i zaraz potem (przytrzymując się) wstawać. Jest nadpobudliwa, wszędzie jej 'pełno', stara się mówić pierwsze słowa i strasznie 'szkudzi'. Każdą chwilą swojego życia sprawia nam ogromną radość, sprawdziła się biblijna sentencja - "Siać będą w płaczu, a żąć z radością"!
 
 
To skromne świadectwo, to wyraz naszej wdzięczności dla wszystkich, którzy w ciężkich chwilach wspierali nas i dzięki którym żyje Gloria Maria. Pragniemy Was zapewnić, że zawsze pozostaniecie obecni w Naszej modlitwie dziękczynnej. Chciałyby wymienić chociaż niektórych z Was:
 
- w pierwszej kolejności naszych rodziców (Andrzeja, Eugeniusza, Krystynę i Eleonorę), to oni przez ten okres byli dla nas prawdziwą podporą, zrezygnowali z wielu rzeczy, aby nieść pomoc, często nieefektowną (ale najbardziej istotną), bez nich byłoby jeszcze ciężej
 
- prof. Jerzy Sikora - lekarz którego wiedza, kompetencja i doświadczenie pozwoliły przeżyć Glorii i prawdopodobnie Asi. Człowiek, którego skrajna uczciwość, godność i postawa moralna mogą tylko budzić autentyczny podziw i szacunek. Jesteśmy dozgonnymi dłużnikami. Bóg zapłać Panie Profesorze!
 
- personel Oddziału Patologii Ciąży Szpitala Klinicznego ŚlAM - opieka jaką zostały otoczone tam żona i córka jest nie do opisania. Nigdy nie spotkałem się z takim zaangażowanie lekarzy i pielęgniarek; okazuje się, że można być: pracowitym, życzliwym, uśmiechniętym i kulturalnym. Wszystkim Wam szczerze dziękujemy!
 
- lekarze i pielęgniarki z Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka - pamiętamy, że to Wy 'wyciągnęliście' Glorię ze 'szponów' śmierci. Za Tych którzy się do tego przyczynili modlimy się nieustannie - dziękujemy!
 
- mojemu przyjacielowi Antkowi Czeluśniakowi (chrzestnemu Glorii) za pomoc i wsparcie; nigdy Ci tego nie zapomnimy!
 
- Kasi Sawicz, matce chrzestnej Glorii, za modlitwę, którą obejmowała nas i nasze dziecko
 
- wszystkim innym tu nie wymienionym, m.in. dr Kluszczyńskiemu - ordynatorowi rehabilitacji Szpitala NMP na Parkitce, dyrektorowi oddziału NFZ w Cz-wie - śp. Panu Pędziwiatrowi oraz tym wszystkim którzy nas wspierali modlitwą i 'dobrym słowem' Wszystkim Wam - Szczęść Boże!!
 
Świadectwo zostało opublikowane za zgodą taty Marii Glorii
źródło www.gloriamaria.pl

 

Siła modlitwy i pokuty z cudowną figurkę w tle (Post i modlitwa)

 
 
Paulin, o. Zbigniew Ptak, przeor małego sanktuarium maryjnego w Leśniowie, zamarzył o uczczeniu 400-lecia cudownej figurki Matki Bożej Leśniowskiej za pomocą oratorium na Jej cześć. Pomyślał o Piotrze Rubiku i Zbigniewie Książku. Ci jednak mieli już zamówień na trzy lata. O. Zbigniew zawiązał więc grupę modlitwy i pokuty. I czekał. 

 

 

 

"W sylwestrowy wieczór 2006 r. Zbyszek Książek był w doskonałym nastroju. Jechał na zabawę z żoną. Zadzwonił do Wojciecha Mroza. Byli od lat przyjaciółmi. "Co robisz Wojtku, wybierasz się gdzieś?" - zapytał. "Umiera mi syn" - usłyszał płaczący głos kolegi. - "Na sepsę". "Co mówią lekarze?" "Żeby się modlić, bo on umiera." Stan Mateusza był beznadziejny. Nerki i serce przestały pracować, podłączono go do aparatury podtrzymującej funkcje życiowe. Przeszedł śmierć kliniczną. Książek zaczął działać. "Zadzwoniłem do Leśniowa, powiedziałem: "Ojcze, przyjacielowi umiera syn. Trzeba się modlić." Wtedy też niespodziewanie obiecałem: "Jeśli Mateusz będzie żył, napiszę za darmo oratorium dla Matki Bożej". "Zaraz montujemy grupę pokutną" - zapewnił mnie o. Zbigniew. Po godzinie temperatura spadła Mateuszowi do 38 stopni. Pokutnicy rozpoczęli post i trwała nieustanna modlitwa, a Zbyszek Książek na bieżąco informował paulinów o stanie chorego. O 24:00 rozpoczęła się w Leśniowie msza św. Po piętnastu minutach Mateusz obudził się i przemówił. "To niemożliwe" - dziwili się zszokowani lekarze. To cud - orzekli. Po sepsie mózg Mateusza powinien być zniszczony. Tymczasem chory mówił przytomnie. Po trzech tygodniach leczenia ustąpiły też skutki uboczne (...)" 

 

 

 

Zgodnie ze złożoną przez Zbigniewa Książka obietnicą to właśnie w tych okolocznościach powstało piękne oratorium "Siedem pieśni Maryi" z okazji 400-lecia cudownej figurki Matki Bożej Leśniowskiej.

 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie, nr 02/2012

 

 

Umierający chłopiec powraca do życia (Woda z Lourdes)

 

Justin, bardzo jak na dwuletniego chłopca wątły, cierpiał na gruźlicę płuc. Zdrowie opuściło jego kołyskę już w momencie narodzin (...) Lekarz (...) nie pozostawiał jego matce żadnej nadziei (...) W pierwszych dniach lipca 1958 jego stan stał się alarmujący, a matka, mając mimo wszystko nadzieję, zdecydowała się działać. W tamtych czasach mówiono wiele na temat nowego źródła w Lourdes. Wziąwszy niemal już konające dziecko w ramiona, Croisine udała się do groty. Łamiąc wyraźny zakaz władz publicznych, podeszła prosto do zbiornika z wodą, który robotnicy w kamieniołomach właśnie uporządkowali, żeby zdobyć do niej dostęp. Na oczach osłupiałych świadków Croisine zanurzyła swe dziecko w tej lodowatej kąpieli. Protesty, krzyki strachu i propozycje przyjścia z pomocą nic nie dały: trzymała je w wodzie bez końca. A wyciągnięty z niej w końcu Justin ciągle oddychał (...) Wraz z powrotem do domu Justin obudził się do życia, nabierając sił i kolorów. Zaczął także chodzić."
Źródło: Praca zbiorowa, "Cuda Lourdes", Ringier Axel Springer 2010, s. 83

 
Świadectwo Moniki: uzdrowienie i radość
Szczęść Boże
Chciałabym się podzielić moimi doświadczeniami ze spotkania na stadionie. Przybyłam tam z mężem i córką pełna nadziei na wysłuchanie naszych próśb. Intencji było dużo, bo każdy ze znajomych prosił o modlitwę. Jednak główną naszą prośbą było błaganie Pana o uleczenie naszego 1,5 rocznego synka z genetycznej choroby oczu, co w konsekwencji przyczyniło się do tego, że miał problem z poruszaniem i nogami.
Jeśli chodzi o spotkanie, to nie wiem czy znalazłyby się słowa, które by oddały atmosferę tam panującą. To było coś niesamowitego, ta wyczuwalna jedność na modlitwie i obecność Ducha Świętego. Nigdy czegoś podobnego nie przeżyłam. Podczas konferencji ojciec Bashobora powiedział, że jest dziecko, które ma problem z poruszaniem nogami i że przychodzi do niego Jezus i od tej pory jego nogi się wzmocnią. Pomyślałam wtedy o naszym synku, ale nie sądziłam, że może chodzić na pewno o niego. Później podczas wylania Ducha św. ojciec John mówił o otrzymaniu daru modlitwy i darze radości. Poczułam wtedy ze moja modlitwa jest inna, taka z głębi duszy, pełna uwielbienia. Otrzymałam wtedy również dar radości i muszę przyznać, że nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak się śmiała, a potem czułam niesamowitą radość. Padły w tym czasie słowa o uzdrowieniu niewidomych i wiedziałam, że chodzi o naszego synka. Widziałam również po tej modlitwie, jak pewien pan wziął kule pod ręce i zaczął iść wokół stadionu, nie podpierając się o nie. Wróciliśmy do domu przepełnieni radością, śpiewem i modlitwą. Nie zawahałabym się nawet przez chwilę pójść na takie spotkanie jeszcze raz.
Jakieś trzy dni później synek raczkujący jak dotąd, uniósł się na wyprostowanych nóżkach. W następnych dniach zaczął sam stawać przy łóżku, a obecnie po 3 tygodniach jest na etapie chodzenia za rączki i zaczął mówić jak najęty, a do tej pory każdy dźwięk był na wagę złota. Oczka wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze tylko wizyta w sierpniu - ma nam dać więcej informacji na ten temat. Dla nas jest to ogromna radość, bo tylko Pan Bóg wie, ile on się wycierpiał z powodu choroby, a teraz to nie to samo dziecko - takie pogodne i chętne do odkrywania świata.
 
Chwała Panu za wszystko co nam uczynił.
 
 Z góry przepraszam za błędy stylistyczne, nie jestem za dobra w pisaniu, ale chciałam się tym wszystkim z wami podzielić. 
 
Z Panem Bogiem
Monika

 
Nazywam się Magdalena Pliszka i mój 17 miesięczny synek ma raka oka. Moje serce jest jednak spokojne, bo życie Radusia powierzyłam Bogu, a On mimo tego wszystkiego nie pozwala go skrzywdzić.
 
Mojego męża poznałam 16 czerwca 2002 roku i od razu wiedziałam, że to jest osobą z którą chcę spędzić całe moje życie. Sakrament małżeństwa przyjęliśmy 19 czerwca 2010r. i dopiero po 3 latach, bo 16 czerwca 2014r. na świat przyszedł nasz wyczekany, wymodlony synek Radek.
 
Kiedy Raduś miał niespełna 5 miesięcy wykryto u niego nowotwór złośliwy oka. To spadło na nas jak grom, kilka dni wcześniej umarła mama mojego męża, kilka miesięcy wcześniej w wypadku zginął wujek Radusia  i teraz słyszymy, że nasz synek umiera. Nie było czasu na rozmyślanie, na rozpaczanie, już następnego dnia rozpoczęliśmy walkę o jego życie i zdrowie. Raduś nie miał nawet 5 miesięcy i przyjmował chemioterapię. Przez pierwszy miesiąc choroby nie potrafiłam skupić się na modlitwie, moje matczyne serce było zatroskane. Dopiero w Boże Narodzenie zaczęłam szukać na Internecie jakiejś modlitwy o uzdrowienie, trafiam na Nowennę Pompejańską, którą zaczęłam wraz z moją mamą odmawiać 1 stycznia 2014r. Przeczytałam również informację, że kiedy zaczyna odmawiać się nowennę początkowo coś się nie układa, dopiero później modlitwy zostają wysłuchane. 8 stycznia podczas podawania chemii u mojego synka chemia wynaczyniła się i trafiła do tkanek miękkich. Podjęto szybką decyzję o założeniu dojścia centralnego, a stan jego rączki był wielką niewiadomą – groziła mu zakrzepica, martwica. Dotarło do mnie, że to pewnie przez „tą” nowennę. Modliłyśmy się jednak dalej, ufałyśmy, że tak miało być. Serce matki bardzo boli widząc blizny po założeniu dojścia na ciele malutkiego dziecka, teraz wiem, że dzięki temu oszczędziliśmy mu żyły i dla Radusia to było lepsze. W między czasie nasz zaprzyjaźniony ksiądz z parafii postanowił również coś zrobić i dla Radzia i dla innych osób chorych na nowotwory. Raz w miesiącu odprawia nabożeństwo z indywidualnym błogosławieństwem. To dzięki mojemu synkowi tak wielu ludzi nauczyło się powierzać swoją chorobę Panu Jezusowi.
Obecnie Raduś jest już ponad 8 miesięcy po zakończonej chemioterapii, a ja jestem w trakcie 3-go odmawiania Nowenny Pompejańskiej. Ciągle błagam Matkę Przenajświętszą o uzdrowienia naszego synka. Modląc się o uzdrowienia kiedyś oczekiwałam, że guz zniknie z oka, że nigdy już nie będą mu grozić wznowy, nowe ogniska, inne nowotwory. Lekarze nasz przypadek oceniają jako bardzo dobry i rzadko spotykany w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Tak długo jesteśmy bez wznowy, drugie oczko jest czyste. Ja wiem, że jest to zasługa Pana Jezusa, który ulitował się nad nami, wysłuchał nas, otoczył opieką naszego synka.
W moim mieście raz na 3 miesiące organizowaną są Wieczory Uwielbienia. Odkąd słyszałam o takim nabożeństwie starałam się w nim uczestniczyć. Dopiero w październiku 2014r. wraz z mężem mogliśmy w całości uczestniczyć na XXVI wieczorze. Modliliśmy się o uzdrowienia naszego synka. Nie usłyszeliśmy żadnego głosu, żadnych słów skierowanych do nas. Kiedy Kapłan zaczął chodzić przez kościół z Najświętszym Sakramentem jako nieliczni klęczeliśmy, trzymałam przy serce zdjęcie Radusia. Powiedziałam do Pana – Panie Jezu to jest niemożliwe, że mnie nie zauważysz, nie zauważysz mojego bólu, nie przytulisz mnie i nie zaopiekujesz się moim synkiem. Kiedy Kapłan powoli się zbliżał, moje serce jeszcze nigdy tak mocno nie uderzało, czułam się bardzo dziwnie, czułam spokój i opiekę nade mną. Wiedziałam, że to Jezus idzie. Nagle ludzie zaczęli się odsuwać i nad Nami stanął Pan. Przytulał nas. Czułam się bezpiecznie, nie potrafiłam przestać płakać. Byłam jak ta kobieta, która chciała dotknąć choć szaty Pana Jezusa.
 
Wiem, że nad moim synkiem czuwa Pan. Wystawił nas na ogromną próbę, ale dzięki niej jesteśmy bliżej Niego. Co chwilę pokazuje nam, że jest blisko nas i nas nie opuszcza. Wciąż daje nam znaki.
Pewnego dnia dostaliśmy dziwnego maila, od obcej kobiety, która napisała, że w Dniu Zesłania Ducha Świętego modliła się o Radusia, na tej samej mszy wylosowała słowa Psalmu skierowane konkretnie do niej – „Pan przywraca wzrok niewidomym”… teraz Wiola jest moją opiekunką duchową, moim wzmocnieniem wiary, czasami tłumaczem Boga.
W rok po wykryciu choroby nowotworowej została odprawiona dziękczynna msza święta za naszego synka. W Ewangelii Pan Jezus powiedział „Wstań! Twoja wiara Cię uzdrowiła”.
 
Modlitwa jest dla nas ucieczką, uzależnieniem. Jezus już chyba bardziej oczywiście nie może nam powiedzieć, że opiekuje się naszą rodziną. Ja wiem, że nie pozwoli skrzywdzić naszego synka. Codziennie z Radusiem przed snem mówimy 2 słowa modlitwy, które Raduś wypowiada z radością „Daj zdrowia”
 
Chwała Panu
 

 

Nasze dzieci

List

List 2

Błogosławieństwo

św. Michale Archaniele broń nas

Święty Michale Archaniele, broń nas w walce. Przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź nam obro­ną. Niech go Bóg pogromić raczy, pokornie o to prosimy; a Ty, Książę wojska niebieskiego, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz krążą po świecie, mocą Bożą strąć do piekła. Amen.